Jak to się robi przed ciszą wyborczą?
 Oceń wpis
   

 Ano, prosto i skutecznie, ostatni cios powinien być zdecydowany i silny. Nieważne, że się zdemaskujemy - na zastanawianie się nad tym faktem nie ma już czasu.

Oto jak określić można dzisiejsze działania Agory z zakresu marketingu politycznego, które prowadziła ona za pomocą swego makulaturowca - Metro. Tak się spieszyli, że już nawet nie było u nich miejsca na refleksję PR-ową: że może to jednak będzie trochę zbyt nachalne, że każdy głupiec się zorientuje itd.


Pierwsza strona - zaraz za reklamą czegoś tam - głosi dumnie piórem naczelnego Metra: rozstrzygnijmy wybory w pierwszej turze. Uzasadnienie proste i właściwie sensowne - politycy przez dwa tygodnie nie staną się lepsi, więc po co czekać z decyzją? Żeby jednak nie było wątpliwości jak mamy te wybory w pierwszej turze rozstrzygnąć, na stronie następnej wypowiadają się autorytety. Tutaj przebłysk refleksji widać w mózgach teamu Metra: trzeba zebrać autorytety różne, żeby się od razu nie kojarzyło. A zatem obok Wałęsy, Mazowieckiego, Agnieszki Holland jest też Paweł Kukiz, Adam Nowak z Raz Dwa Trzy, Jerzy Zelnik - a zatem autorytety ze środowisk dość różnych.

Każdy zaś z autorytetów mówi o wyborach. (Tytułem dygresji przepraszam Panów Nowaka i Kukiza za stawianie ich obok skompromitowanych Wałęsy i Mazowieckiego określając tym samym, sprostytuowanym określeniem "autorytet" - mimo, iż pewien jestem, że tego tekstu nie dane będzie im przeczytać). Co mówią więc o wyborach - że trzeba głosować, że głos ma znaczenie, że trzeba mieć wpływ. I że potrzeba ZMIANY. I tutaj zaczyna się jazda najciekawsza.

Otóż mimo tego, że ludzie wypowiadali się tam różni i na różnych kandydatów głosujący, to jednocześnie JEDYNE nazwisko, które się pojawiło aż czterokrotnie to Bronisław Komorowski. Inni goście Metra - którzy na Komorowskiego nie głosują - w Metrze wypowiadali się ogólnie o wyborach, natomiast reszta zgodnie i wyraźnie deklarowała swoje poparcie dla hrabiego Bronisława.
Wykończmy wybory w rundzie pierwszej, głosujmy na Bronka! - krzyczy Agora, która zapewne wie, że jest to całkowicie nierealne (tj. zwycięstwo Komorowskiego w pierwszej turze), ale przynajmniej dobije mu te kilka głosów za pomocą darmowej gazetki reklamowej, którą czyta się w tramwaju.

Cieszy mnie to. Po pierwsze cieszy mnie, że Agora na ostatniej prostej tak zupełnie się zdemaskowała. A po drugie - co jest tego bezpośrednią przyczyną - pokazuje to rozmiar paniki w sztabie Komorowskiego. Nie chodzi o sondaże - sztab wie, że sondaże to kwestia pieniędzy dla sondażowni i kto więcej zapłaci, ten ma więcej punktów procentowych. Chodzi o wizerunek hrabiego wśród ludzi oglądających telewizję, którzy Komorowskim już sie po prostu znudzili. I działają na oślep.

Ot taka ciekawostka przed ciszą - chociaż nie wiem dokładnie, czy wpis łamie tę ciszę. Do rozważenia przed wyborami, ku pamięci potomnych. 

Komentarze (0)
Cześć pamięci kłamcy
 Oceń wpis
   

Zasada stanowiąca, że o zmarłych mówi się albo dobrze albo wcale dotyczy przede wszystkim stosunków towarzysko-prywatnych - należy oszczędzić rodzinie zmarłego słuchania przykrych rzeczy, zwłaszcza, że sam zainteresowany obronić się już nie może. W systemach totalitarnych ta zasada nie obowiązuje - zmarły wróg systemu zawsze jest szkalowany najbardziej po śmierci; po to, żeby dać przykład innym.

Wyborcza dała jak zwykle pokaz kultury tytułując swój artykuł o domniemanej - choć, niestety, bardzo prawdopodobnej, śmierci - Doktora Dariusza Ratajczaka w taki sposób (w linku widać wcześniejszy, teraz już zmieniony tytuł).  Nie był dla wyborczej nikim innym - tylko "kłamcą oświęcimskim". I to jest jedyny powód, dla którego wyborcza podaje informację o jego śmierci. Patrzcie, powiada, tak właśnie kończą kłamcy. Mieszkając w samochodzie, bez pracy, zostawiony przez najbliższą rodzinę. Kłamca, kłamca, kłamca.

Doktor Ratajczak nie był antysemitą, co zaznaczał wielokrotnie. Był historykiem, który nie wiedział, że badanie historii jest regulowane prawnie. Jako naukowiec uważał za swój obowiązek pisania o tym, co odkrywał w trakcie poznawania dziejów. Przyjmował za dobrą monetę twierdzenie o tym, że w demokracji panuje wolność słowa, wolność badań naukowych, wolność przekonań. To go zgubiło. Demokratyczna "wolność słowa" zniszczyła mu życie i doprowadziła do jego śmierci. Dlatego cześć Jego pamięci.

Prawda broni się sama. Prawda nie boi się wolności słowa, bo wolność słowa nie sprawi, że prawda stanie się kłamstwem. Wolności boi się zakłamanie, dlatego wszystkie oparte na fałszu systemy polityczne niszczyły wolność słowa doszczętnie, zawsze na samym początku swojego panowania. Nie mogło być inaczej - wolność słowa jest wrogiem fałszu. Brak wolności jest jego sprzymierzeńcem.

Doktorowi Ratajczakowi zniszczyli życie wrogowie wolności słowa, gnoje o mentalności bolszewicko-nazistowskiej, którzy powinni być sądzeni za  "propagowanie ustroju totalitarnego poprzez posługiwanie się jego metodami". Zapis o takiej treści powinien widnieć w konstytucji, chroniąc obywateli przed samowolą państwa, polityków, policji i innych. Istnieje inny. Wiecie dlaczego? Dlatego, że gdyby istniał, z jego mocy musiałaby zostać wsadzona do więzienia większość naszej "elity" politycznej.  A to ona decyduje o tym, jaka konstytucja jest.

Wolność. Po co nam wolność? Mamy przecież telewizję.

Komentarze (0)
Test wyborczy - jak kształtować mentalność wyborcy
 Oceń wpis
   

Na stronie Latarnik wyborczy jest dostępny test, jakich w tej kampanii wiele - sprawdź na jakiego kandydata powinieneś zagłosować. Oczywiście wszystko fajnie, bo - pomijając fakt, że gdyby wybory mogły coś zmienić to byłyby zakazane - promuje się u obywateli myślenie nad swoimi poglądami.

Problem pojawia się wówczas, gdy docieramy do pytań 5 i 6, które zostały zaprojektowane specjalnie dla Janusza Korwina-Mikke, a sformułowane w taki sposób, żeby utrwalać w narodzie idiotyczną wizję sfery prywatnej i publicznej. (Trudno się dziwić zresztą ankiecie firmowanej przez Wyborczą, religijny dodatek do Wyborczej i Newsweek).

Krótko: 
W publicznej służbie zdrowia należy wprowadzić niewielkie opłaty za korzystanie z usług medycznych.
Wszyscy studenci uczelni publicznych i prywatnych powinni wnosić niewielkie opłaty za studia.

I teraz obywatel odpowiada: zgadzam się, nie zgadzam się, nie mam zdania. Co jest problemem? Otóż obywatel widzący tego typu alternatywę przyswaja sobie - nawet jeżeli jest "za" - że służba zdrowia i studia mogą odbywać się bez opłat. I istnieją kandydaci, którzy tego wlaśnie chcą.

Tymczasem tutaj nie można być za, przeciw lub nie mieć na ten temat zdania. Tak po prostu jest - lekarze i nauczyciele akademiccy nie pracują za darmo, więc skądś te pieniądze muszą się brać. Ale nikt przy tego typu retoryce nad tym nawet nie pomyśli - i o to właśnie chodzi.

A tytułem dygresji na temat wspomnianego kandydata -  głos mój idzie tradycyjnie na JKM, chociaż powiem szczerze, że kretynizm ludzi z Nim pracujących, robiących wszystko po swojemu i przez to grzebiących kolejną kampanię, już mnie mocno zmęczył.  Wszystkiego najlepszego Panie Januszu mimo wszystko.
 

Komentarze (0)
Nowy Kandydat!
 Oceń wpis
   
Komentarze (0)
Naukowy socjalizm czyli mit racjonalizmu
 Oceń wpis
   

Mimo tego, że wykazać słabość niektórych ideologii jest niezmiernie łatwo, to jednak sens aforystycznego pytania Nietzschego - "w co motłoch bez dowodów uwierzył, jakże byśmy mogli to dowodami obalić?" - ma niesłabnącą aktualność. Racjonalne argumenty nigdy nie mogą obalić myślenia mitycznego, bo obydwa sposoby opisu rzeczywistości posługują się zupełnie innym językiem.

Tę prawdę przypominam tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że wiele osób nie jest w stanie zrozumieć, że "argumenty naukowe" z samej zasady nie mogą "obalać" prawd religijnych. Po drugie zaś dlatego, że sytuacja jest najtrudniejsza w momencie, kiedy mit panoszy się na miejscu racjonalizmu i w imię tegoż racjonalizmu właśnie nie dopuszcza do siebie racjonalnych argumentów. Jak to działa? O tym zaraz.

Najpierw kwestia pierwsza. Nauka i religia nigdy nie mogą być ze sobą sprzeczne, bo elementy ich opisu świata nie wchodzą ze sobą w konflikt. Albert Wielki i św. Tomasz z Akwinu deklarowali, że rozpoznawanie praw przyrody jest zadaniem dla rozumu - owszem, prowadzonego wiarą, ale w badaniach naukowych całkowicie autonomicznego. Rozpoznanie przyczyn fizycznych np. ulewnego deszczu i powodzi nie jest w stanie zaprzeczyć wierze w to, że dana powódź była dopustem Bożym czy też karą za grzechy. Według Akwinaty jest nawet tej wiary udoskonaleniem - Bóg jest pierwszą przyczyną wszystkich zjawisk, ale pomijanie przyczyn pośrednich - praw przyrody przez Niego ustalonych - nie jest powiększaniem Jego chwały, ale jej umniejszaniem.

Są dwa przeciwstawne do powyższego stanowiska. Pierwsze będzie negowało rolę rozumu w poznaniu i odrzucało całą naukę jako wymysł szatana. Wedle tego ujęcia, reprezentowanego np. przez św. Piotra Damianiego, jedyne co potrzebne jest chrześcijaninowi, to wiara, a sztuka i nauka tylko go od tego odciągają. Drugie zaś - i to jest zdecydowanie ważniejsze - będzie uznawało naukę za jedyny język zdolny do całościowego i wystarczającego opisu świata i negowanie religii jako rzeczy szkodliwej. Tą drugą drogą kroczył Karol Marks, a dziś pogląd ten jest reprezentowany przez Richarda Dawkinsa i jego rozmaitych naśladowców.  Głosi on: religia jest zła, bo opiera się na myśleniu mitycznym, a więc nieracjonalnym; opieranie swojego światopoglądu na nauce jest jedynie słusznym postępowaniem i każde odstępstwo od niego jest niebezpieczne (jak twierdzi Dawkins).

W ten sposób nauka staje się przedmiotem mitu, gdzie nie ma stron sporu, a są jedynie prawowierni i heretycy - a z tymi ostatnimi, jak wiadomo, w religiach się nie dyskutuje. Sama nauka oczywiście nadal się rozwija i nadal obowiązuje w niej racjonalizm a nie mit, jednak dyskusje o nauce są już wyłącznie dyskusjami mitycznymi - zwłaszcza, że dyskutują o niej zazwyczaj ci, którzy naukowcami nie są, nigdy nie byli i nie będą.

Przykładem najbardziej jaskrawym jest kwestia teorii ewolucji.  Stała się ona współcześnie narzędziem walki ideologicznej, to znaczy została przeciwstawiona światopoglądowi religijnemu (nie tylko chrześcijańskiemu). Nad teorią ewolucji się nie dyskutuje, a każdy, kto podnosi wobec niej argumenty krytyczne jest z miejsca skreślany jako partner do dyskusji. Niezależnie od tego, czy podnosi je z motywacji religijnej, czy też czysto naukowej (co dobrze zobrazowane jest w filmie Expelled do którego obejrzenia zachęcam). W naukach przyrodniczych teoria ewolucji jest odpowiednikiem historii holocaustu - ktokolwiek jest przeciw obowiązującej wersji, ten jest kłamcą. W historii nie ma drugiego faktu, nad którym dyskusja jest zakazana (i zakaz ten jest obwarowany prawnie), podobnie jak w biologii czy fizyce przy okazji żadnej innej teorii nie ma tak histerycznej obrony ze strony jej zwolenników.

Nie ma takiej potrzeby, bo prawda w nauce jest prawdą niezależnie od tego czy ktoś jest przeciw czy nie. Jeżeli ktoś twierdzi, że prawo powszechnego ciążenia nie istnieje, to jego sprawa - prawo powszechnego ciążenia na tym nie ucierpi.  W dwóch opisywanych przypadkach natomiast rzecz nie dotyczy prawdy, ale obowiązującej wersji mitu. Dlatego nie tylko przeciwnicy danej teorii, ale również ludzie, którzy bronią prawa tych pierwszych do wyrażania swojego zdania na ten temat, są już z miejsca opatrzeni mianem heretyków (bądź też osób niebezpiecznych) i z nimi również się nie dyskutuje.

W stwierdzeniu, że ateizm jest formą religii, nie chodzi więc o to, że "ateiści wierzą, że nie ma Boga" jak to czasem zwykło się mówić. Chodzi o to, że ateizm nieodmiennie przyjmuje formę materializmu, a więc kategorycznego stwierdzenia, że poza tym co materialne nie ma niczego i - co najważniejsze - że niczego poza prawdą naukową nie możemy uznawać za prawdę. Jakiekolwiek przesłanki religijne światopoglądu są więc automatycznie skreślone jako obiektywnie nieważne. A zatem - przedstawicielom światopoglądu religijnego można już odmówić prawa do własnego zdania pod pretekstem jego oczywistej fałszywości.

To zaś rodzi daleko idące polityczne konsekwencje: zgoda na obowiązkową edukację jeżeli tylko ta jest wyprana z religijnych wartości, dążenie do odsunięcia osób religijnych od dyskusji nad kształtem państwa i prawa oraz inne przejawy walki o neutralność światopoglądową na bazie scjentystycznego obiektywizmu. Wolność jest w tym momencie przedefiniowana, gdyż koncepcja człowieka wyrastająca na materializmie nie ma żadnej podstawy do uznawania za uprawnione pojęcie wolnej woli - wszystko jest kwestią ruchów materii, a więc musi być zdeterminowane. W tym kontekście przywoływanie przykładów ateistycznych państw totalnych jako ostrzeżenia historycznego nie jest żadną przesadą ani nadużyciem. Szkoda, że niewielu potrafi tę prawdę zrozumieć.
 

Komentarze (2)
Mit narodowego pojednania
 Oceń wpis
   

W ostatni czwartek miałem po raz kolejny okazję uczestniczyć w dyskusji na antenie Radia Kraków, która poświęcona była tragedii w Smoleńsku i ogólnie  mitom narodowym. Jeżeli ktoś zrozumiał, że sugeruję w poprzednim zdaniu, iż tragedia w Smoleńsku będzie (czy też jest) podstawą do tworzenia kolejnego mitu narodowego, to się nie pomylił. Dowodów na to jest sporo, a co rusz pojawiają się kolejne.

Mit to z greckiego "opowieść" - opis pewnych zdarzeń z nałożoną od razu interpretacją, wyjaśnieniem. Mit obecny jest w każdej kulturze, bo pozwala na przekazywanie pewnych wzorców zachowań czy wartości etycznych z pokolenia na pokolenie. Co ciekawe, przeciwstawienie mitu "racjonalizmowi" czy też "nauce", u swoich podstaw dość szczere, jest obecnie również działalnością mitotwórczą - niewiele jest zabawniejszych osób na świecie, niż te, które liznąwszy nieco nauk przyrodniczych walczą zaciekle z "zabobonem" i proponują swoją ogólną interpretację wszystkiego (vide Comte, Marks, Engels czy Dawkins). 

Zasadniczo jednak przyjmujemy - zwłaszcza używając słowa "mit" w codziennych i niecodziennych dyskusjach - że mit jest rzeczywistości przekłamaniem, żeby nie powiedzieć wprost: fałszem. Każdy tworzy codziennie nowe mity, starając się na przykład przedstawić swoje działania w świetle korzystnym ("nie zareagowałem na jego zaczepki, gdyż nauczyłem się opanowywać; przy czym nie ma zupełnie znaczenia, że miał dwa metry wzrostu i 50 cm w bicepsie"), dziwnym nie jest więc, że prawidłowość ta dotyczy również całych grup ludzkich (np. narodów). Nie jest powiedziane, że jest to zjawisko negatywne, gdyż tak już po prostu działa ludzki umysł.

Moglibyśmy się bawić w tym miejscu w wyliczanie mitów narodowych, których kreacją zajmowały się zwłaszcza rządy demokratyczne (np. zdobycie Bastylii, postać Abrahama Lincolna  czy Horsta Wessela, bitwa pod Lenino itd), nie ma na to jednak miejsca. Ważne jest zwrócenie uwagi na to, że przedmiot "opowieści" zyskuje w mitotwórczej aktywności właściwości nadnaturalnych i podchodzenie do niego na bazie zdrowego rozsądku nie jest już więcej możliwe. Tak też niestety stało się z tragedią w Smoleńsku i z wszystkimi jej następstwami.

A zwłaszcza z jej następstwami. Na przykład fakt, że po katastrofie ś.p. Lech Kaczyński stał się uwielbianym przez do tej pory wylewających na niego pomyje dziennikarzy mężem stanu został już w wielu miejscach wypunktowany. Ale mało kto zauważył, że do granic niewyobrażalnych urosła mityczna interpretacja tej zmiany podejścia, to znaczy twierdzenie, że teraz wszystko się zmieni i na świecie będzie mniej zła i nienawiści. Należy zrozumieć, że ludzie w pewnych sytuacjach chcą się poczuć lepiej i składać sobie obietnice polepszenia, ale z drugiej strony trzeba również zauważyć, że to właśnie głos rozsądku chroni w takich sytuacjach przed popadnięciem w śmieszność.

O co chodzi dokładnie? O wystąpienie przedstawiciela młodzieżówki UPR w programie Młodzież Kontra w dzień po katastrofie. W 30 minucie programu przedstawiciel ów powiedział mniej więcej tyle: nic się nie zmieni, wszystko będzie tak samo jak i jest. Rozumiem, że niektórzy z młodych ludzi zebranych w studiu TVP Kraków mogli odczuwać szczery żal za ofiarami katastrofy pod Smoleńskiem ale od pierwszych chwil tego programu nie mogłem się powstrzymać przed skomentowaniem tego w taki sam sposób, jak to uczynił sam zainteresowany: mianowicie, że mam przed sobą teatr hipokryzji. Nie dlatego, że sam jestem pozbawiony ludzkich uczuć w kierunku ludzi, którzy zginęli w katastrofie - wręcz przeciwnie - ale dlatego, że obnoszenie się w TV ze zdjęciem pary prezydenckiej przez ludzi, którzy nie powstrzymywali się przed nawet najbardziej bezczelnymi i niesmacznymi komentarzami w kierunku zmarłych, jest dla mnie oczywistą pokazówką dla gawiedzi.

Ale nikt nie lubi, kiedy mu się hipokryzję wytyka, zwłaszcza na oczach ludzi, do których ta hipokryzja jest skierowana. I komentarz ten stał się podstawą do wysunięcia przez "pogrążonych w żałobie młodych" żądania usunięcia SM UPR z programu. Jak rozumiem, jest to owo "poprawienie jakości dyskursu politycznego", obwieszczanego szumnie przez ową pogrążoną w żałobie młodzież. By żyło się lepiej - wszystkim. Całe szczęście można jeszcze poczekać, aż mit straci na aktualności i widząc swoje zachowanie niektórzy jego wyznawcy zapadną się pod ziemię. Chociaż do tego ostatniego trzeba byłoby mieć jeszcze odrobinę wstydu.

Komentarze (0)
Przykro mi
 Oceń wpis
   

Tak, wierzę w teorie spiskowe. A przynajmniej mi się zdarza. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że wedle mojej najlepszej wiedzy politycy mają swoje prywatne życie, układy, koneksje, powiązania - jak każdy inny człowiek - a telewizja nie jest w stanie ich wszystkich pokazać. Tak więc wiara w to, że wszystko w polityce jest przejrzyste jak ekran LCD jest zwykłą naiwnością. Już Bismarck mówił, że ludzie nie powinni widzieć jak się robi politykę i parówki.

Po drugie - co wynika bezpośrednio z pierwszego - ponieważ cała historia świata jest historią spisków, które były w większości niedostępne dla prostego człowieka, a wersja wydarzeń podawana przez polityków i propagandę nie zawsze zgadzała się z tą odkrytą przez historyków wiele lat później.

Ale tłumaczę się bez sensu, gdyż niewielu ludzi przyjmuje te argumenty do wiadomości, a etykietka "teoria spiskowa" doskonale spełnia swoją propagandową rolę. Można ją przyczepić do każdej informacji, która jest z jakichś tam powodów niewygodna i wywołuje ona odruch u każdego "młodego, wykształconego, z dużego miasta", a nawet u każdego bardzo młodego, bardzo niewykształconego, z internetu.

Dlatego bardzo mi przykro, że prawdopodobnie niewielu zawróci sobie głowę takimi np. pytaniami, a ten filmik zostanie zapewne okrzyknięty falsyfikatem lub też doczepione mu zostanie "niespiskowe" wytłumaczenie. A jak niespiskowe, to oczywiście automatycznie prawdziwe.

 

Komentarze (2)
Bezbolesny powrót do wylewania pomyj
 Oceń wpis
   

Dlaczego zaproponowano pochowanie ś.p. Prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu? Istnieje wiele osób, które szczerze uważają, że zmarły prezydent zasługuje na to właśnie miejsce pochówku, ale informacja ta do mediów przedostała się raczej z innego powodu.

Wawel jest symbolem historycznej władzy królewskiej, którego znaczenie zna każdy studencik-internauta najgorszego sortu. Dlatego też łatwo było się spodziewać, że taka informacja wywoła poruszenie. Gdyby zadecydowano o pochowaniu prezydenta np. obok prezydenta Mościckiego, nikogo by to naprawdę nie obeszło. A tutaj Wawel. I już ruszyły do akcji studenciki, zakładają grupy na Face***u, wykopują na Wykopie i - jak słyszę - zbierają się dzisiaj w proteście w Krakowie. A dlaczego to wszystko?

Dlatego, żeby można było wrócić spokojnie do najeżdżania na ś.p. prezydenta. Koszulka "Nie płakałem po Kaczyńskim" prawdopodobnie długo nie przejdzie, szok był zbyt wielki. Trzeba dać pole do krytyki, do pokazania, że tak naprawdę Kaczyńskiego nie szanowaliśmy i widzimy zbyt wiele jego wad, żeby dostąpił honoru bycia pochowanym na Wawelu.

Prezydentowi jest w tym momencie naprawdę wszystko jedno gdzie spocznie jego ciało. A ja nie widzę żadnego uchybienia godności Wawelu w tym, że miałby tam spocząć prezydent Kaczyński. Dopiero to, co dzieje się w związku z dzisiejszą informacją, jest po prostu teatrem żenady i zwykłym skandalem.

Komentarze (2)
"Dbałość o konsumenta", czyli o socjalizmie korporacyjnym
 Oceń wpis
   

Konkurencja rynkowa jest ciężkim kawałkiem chleba, bo trzeba "dostosowywać się do wymogów rynku", a ściślej - bo pierwsze sformułowanie brzmi dość nieszczęśliwie i staje się podstawą do oskarżeń zwolenników wolności gospodarczej o bałwochwalstwo jakichś tam sił typu "niewidzialna ręka" - do wymagań konsumentów. Pięknie brzmi ta zasada po Misesowsku - działający na rynku konsumenci w trakcie niezliczonej liczby wyborów dokonywanych każdego dnia decydują o tym, którzy przedsiębiorcy powinni być bogaci, a którzy nie. Wpływ na te wybory wywierają różne czynniki - cena, jakość, marka, reklama itd. - wszelako każdy przedsiębiorca musi dostrzegać wyrażane w tychże codziennych głosowaniach preferencje, bo inaczej zostanie zmieciony z rynku, gdyż nie będzie już chętnych do korzystania z jego usług.

Słowem - jeżeli robię to, co jest potrzebne ludziom, to dostaję za to wynagrodzenie, bogacę się; jeżeli nie - nie mam dla kogo tego robić, a więc nikt mi za to nie będzie płacił. Dostosowanie się do potrzeb konsumenta to ciężka praca, a więc w historii zawsze znajdowali się ludzie, którym była ona nie w smak, w przeciwieństwie do dochodów z niej czerpanych. Zasadniczo każdy z nas ma takie naturalne podejście, aby minimalizować nakłady, a zwiekszać zyski (a więc robić mniej i zarabiać więcej jednocześnie), choć w niektórych przypadkach tendencja ta objawia się w najbardziej jaskrawy sposób.

Przykładem na dzisiaj jest socjalizm korporacyjny, zwany także korporacjonizmem. Znany jest on w dwóch podstawowych wersjach - katolickiej, biorącej za podstawę koncepcję Arystotelesa w której państwo jest organiczne i jest "wspólnotą wspólnot", powstającą ze względu na dobro każdej wspólnoty z osobna, oraz faszystowskiej, w której państwo też jest "wspólnotą wspólnot", tyle że wspólnot tworzonych i kontrolowanych przez państwo, tylko i wyłącznie dla dobra państwa. Współczesna wersja korporacjonizmu, o której za chwilę, nie posiłkuje się może ani Arystotelesem ani Heglem, aczkolwiek jej praktyczne konsekwencje zbliżone są jednak do tej drugiej wersji - a więc kontrola przez państwo każdego ruchu na rynku, utrudniająca znacząco życie każdemu, kto chce cokolwiek pożytecznego robić.

Rozważmy sobie przykład. Jeżeli na rynku pojawia się zapotrzebowanie na pewną profesję (w tym momencie są to wszelkiego rodzaju usługi konsultingowe, pomijając fakt że pojęcie to może oznaczać dokładnie wszystko), pojawiają się również od niej specjaliści, którzy zaczynają oferować swoje usługi. I w tym miejscu zaczyna się problem. Niektórzy ze specjalistów mniemając, że są najlepsi narynku, wyceniają swoje usługi wysoko; inni, mniej może wykształceni czy doświadczeni, biorą za swoją pracę dużo mniej. I nagle pierwsza grupa dochodzi do wniosku, że mieliby na pewno więcej klientów (i więcej pieniędzy), gdyby nie konkurencja tych z drugiej grupy. Jak to tak, myślą sobie specjaliści, my jesteśmy takimi specjalistami, elitą, a ludzie często wolą korzystać z usług tego plebsu, bo ma taniej. Trzeba tę sytuację zmienić.

I na całe nieszczęście istnieje jedno pewne narzędzie do wykonania tego trudnego zadania - prawo. W warunkach konkurencji ci więksi specjaliści musieliby dostosowywać się do wymagań konsumentów, przede wszystkim tych dotyczących ceny wykonywanych usług. To jest jednak dużo trudniejsze, niż wprowadzenie konkretnych uregulowań prawnych, które blokowałyby dostęp do wykonywania danych usług owemu "plebsowi", co znacznie pomniejszyłoby rynek i ilość konkurentów do źródeł dochodu. I tak właśnie zaczyna się socjalizm korporacyjny.

Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, czy faktycznie zaczyna się ostatnio korporacyjny boom, gdyż coraz częściej słychać o kolejnych pomysłach "ulepszania świata" narzędziami socjalizmu korporacyjnego. Sytuacja na rynku prawniczym jest stara jak świat, ostatnio głośna jest sprawa autoryzowanych warsztatów, pojawiły się również takie same głosy w odniesieniu do usług nauki jazdy. Co jeszcze śmieszniejsze, jest również podobna inicjatywa na rynku zawodów takich jak trener biznesu/coach. A wszystko to - rzecz jasna - motywowane jest "dbałością o najwyższą jakość usług" i "dbałość o interesy konsumenta".

Prawda jest jednak taka, że w momencie, kiedy tego typu regulacje są wprowadzane, "dbałość o najwyższą jakość usług" oznacza tyle, co pakowanie pieniędzy do kieszeni obecnej "elity" danego zawodu, chociażby była ona jedynie elitą samozwańczą. Pakowanie pieniędzy w sposób dwojaki - z jednej strony chodzi o to, żeby zapłacić naprawdę ciężkie sumy za to, że jakaś grupka przesyconych mentalnością antykapitalistyczną ekspertów, która zdołała wylobbować w parlamencie konkretną ustawę, wystawiła stosowny certyfikat i dopuściła daną osobę do źrodełka, z drugiej - żeby dopuszczona do źrodełka osoba należycie dbała o "interesy swojej grupy zawodowej", i tak windowała ceny za swoje usługi, żeby przedstawiciele korporacji nie stanowili wzajemnie dla siebie zbytniej konkurencji.

A jakość usług staje się w tym momencie niemierzalna, gdyż każda innowacja może być blokowana (jako niewspółgrająca z aktualnymi wymogami "standardów zawodu") albo też staje się własnością całej korporacji. Opinia konsumentów przestaje się liczyć - płacą oni tyle, ile chce korporacja, za to, co chce im zaoferować korporacja. I jeszcze muszą dziękować za to, że chroni się ich przed "hochsztaplerami". A członkowie korporacji zacierają ręce i liczą geld. I o to właśnie chodzi.

Komentarze (0)
Argument za zniesieniem więziennictwa
 Oceń wpis
   

Znana jest anegdota w środowisku studentów filozofii zajmujących się logiką, że rynek wydawnictw naukowych zna dwa rodzaje podręczników do logiki - jedne są zatytułowane "Logika", a drugie "Logika dla prawników". Wniosek zaś z tej sytuacji płynie taki, że prawnicy posługują się zupełnie inną logiką niż cała reszta ludzkości, dla której przeznaczony jest podręcznik pierwszy.

I rzeczywiście, czasem trudno się oprzeć wrażeniu, że gdyby nie prawnicy, to świat byłby prostszy a życie szczęśliwsze, bo nie byłoby prawników wymyślających całą masę nowych problemów. Problemów - by przytoczyć inne powiedzenie, tym razem dotyczące filozofów - o których zwykli ludzie z pewnością nie wiedzą, że je mają. Wydaje się, że w trakcie studiów prawniczych całkowicie zanika zdolność posługiwania się zdrowym rozsądkiem, przywalona stertą regułek, formułek, definicyj i kodeksów wykutych na pamięć.

Na pewno jest to krzywdzące niektórych (w tym moich znajomych) prawników, z tym że problem z takim systemem edukacji prawniczej faktycznie istnieje i ma korzenie bardzo głębokie, o których pisać w tym miejscu nie ma za bardzo jak. Ogólnie rzecz dotyczy odrzucenia obiektywnych zasad sprawiedliwości jako sensu prawa i zastąpienia ich zmiennymi regułami ustalanymi przez demokratyczną większość. To powoduje, że nie ma żadnej instancji odwoławczej dla systemu prawnego, a koronnym argumentem za tego typu jest "bo cały świat tak robi", "bo w Unii się tak robi" itd. I to prawnika zwalnia od myślenia. A nawet prawnika z tytułem profesorskim.

Któż to poczuł się zwolniony z tegoż obowiązku? Przykładem jest dla nas dzisiaj prof. Monika Płatek, która w dyskusji z prof. Wolniewiczem i drem Bartulą przytoczyła niezwykle ciekawy argument przeciwko karze śmierci, który jest dość popularny w kręgach hipisowsko-rzekomo-antyfaszystowskich, ale w ustach profesora prawa, powtarzany w kółko z pełnym namaszczeniem, brzmi po prostu jeszcze bardziej idiotycznie niż zwykle. Argument ten mówi - nie możemy karać śmiercią, ponieważ system prawny powinien dawać dobry przykład. A kiedy system prawny zezwala na śmierć jako rozwiązanie problemu, to wówczas daje zły przykład i ludzie się częściej zabijają. System prawny musi znaleźć inne rozwiązanie problemu, a wówczas ludzie również zaczną się szanować i ze sobą rozmawiać w momencie zaistnienia konfliktu.

Świetny argument! Mam tutaj na podorędziu kilka innych, równie dobrych:

- należy znieść w systemie karnym karę więzienia, gdyż porywacze wówczas nie będą  porywali swoich ofiar i przetrzymywali np. w piwnicy, tylko znajdą "inne rozwiązania konfliktów".

- należy znieść w systemie karnym grzywny i mandaty, gdyż wówczas zniknie problem wymuszania haraczy przez mafię na właścicielach knajp i sklepów; mafia wówczas znajdzie inne możliwości dojścia do porozumienia;

- należy pozbawić policjantów broni palnej i pałek, gdyż wówczas nie będą zdarzały się pobicia, a dresiarze, nauczeni przykładem policjantów, zamiast skopać delikwenta na ulicy, zaproszą go na kulturalną rozmowę przy kawie;

I tak dalej. Powodzenia pani profesor życzę w dalszych rozważaniach na temat prawa.

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 |
Najnowsze komentarze
2010-05-28 13:34
Olgierd Sroczyński:
Naukowy socjalizm czyli mit racjonalizmu
Zgodnie z klasyfikacją politologiczną, sam czynny wpływ kapłanów na politykę nie jest warunkiem[...]
2010-05-28 12:30
Boczman:
Naukowy socjalizm czyli mit racjonalizmu
Czy zatem uważasz, że państwo wyznaniowe, w którym kapłani czynnie wpływają na politykę jest[...]
2010-04-15 20:31
Olgierd Sroczyński:
Przykro mi
Mnie tam powolywanie się na Bibułę wcale nie razi - dla mnie to źródło jak każde inne. Trzeba[...]
O mnie
Olgierd Sroczyński
Piszę w internecie i "bloguję". Czyli piszę w internecie i piszę w internecie.