Polska polityka już dość dawno przestała być obiektem zainteresowania dla kogoś, kto przywykł patrzeć na politykę z punktu widzenia politologicznego czy filozoficznego, a więc rozważać ją przez pryzmat idei i doktryn. Wskazuje się często - ostatnio zrobił to m.in. Jacek Kloczkowski - że jesteśmy na etapie postpolityki: nie toczy się obecnie żadna ważna debata ustrojowa, a wszystko, co zaprząta uwagę polityków i tzw. opinii publicznej jest domeną PR i marketingu politycznego.
I jeżeli skupić się na tym tylko aspekcie życia politycznego, to od roku 2005 mamy w Polsce natłok tak ciekawych zjawisk, że trudno od nich oderwać wzrok, a nawet trudno je wszystkie spisać i uporządkować. Przede wszystkim chodzi tutaj o bezprecedensową walkę sekt - sekty prorządowej z jednej oraz sekty prokaczyńskiej z drugiej strony - która każdego dnia odbywa się w dziesiątkach i setkach komentarzy na portalach informacyjnych i społecznościowych. Nie mniej ciekawe jednak jest działanie głównych medialnych graczy, którzy uprawiają taką ekwilibrystykę włączając się w kampanię wyborczą, że czasem zapominają się w tym maskować.
Moim ulubionym pod tym względem medium nie jest wcale Agora, ale kierowany przez Tomasza Lisa "Wprost", którego profil na Facebook już kiedyś przytaczałem. Kampania na rzecz PO trwa tam w najlepsze - tak, że dość przytoczyć same obrazki, które zbyt obszernego komentarza nie wymagają.
Zacznę tylko od przytoczenia tzw. backgroundu. W 2009 roku "Super Express" opublikował materiały filmowe, na których Krzysztof Piesiewicz - adwokat, scenarzysta i jeden z dyżurnych autorytetów Platformy Obywatelskiej - przebrany w kolorową sukienkę pozwala sobie malować usta szminką a także wciąga ze stołu biały proszek. Okazało się, że towarzyszące senatorowi panie nagrały to wszystko po to, aby go szantażować - żądały ponoć 400 tysięcy złotych za to, aby filmik nie ujrzał światła dziennego.
Normalny człowiek, jeżeli nie popełniłby samobójstwa chcąc ratować resztki honoru, to ponad wszelką wątpliwość ze wstydu zaszyłby się w takim miejscu, w którym by go nie znaleziono i nie przypominano mu o sprawie. Ale w momencie, gdy w grę wchodzi polityka, to jest to nie do pomyślenia - w sytuacji Piesiewicza należało nie tylko głupio się tłumaczyć, że to wszystko manipulacja, że się nie pamięta, a ze stołu wciągało się sproszkowane lekarstwo (dlaczego nie mąkę albo cukier puder, przecież i tak pan nic nie pamięta, senatorze?), ale sprowadzić wstyd na całą komentującą własne wesołe wygibasy gawiedź.
I tutaj wezwano na pomoc (chociaż szczerze to wątpię, czy musiano go wzywać) Tomasza Lisa. Najpierw okładka numeru "Wprost" z 4 lipca:

ZABICI ZA ŻYCIA! Czy może być większy dramat? No chyba tylko ten z lewego górnego rogu okładki, mianowicie "atak talibanu" w osobach Rydzyka i Macierewicza. Ale "zabicie za życia" to też niewąskie nieszczęście dla autorytetów medialnych, o czym w ostrych słowach przekonuje Nadredaktor:
Och, jak my to kochamy. My – media i wy – widzowie, czytelnicy. My podsuwamy wam pod nos ofiarę i zapraszamy do linczu. Wy oglądacie upadek ofiary. My mamy oglądalność i nakład, wy satysfakcję – znany i potężny upadł.
Całość: Zabici gazetą
Lis używa słowa "my", ale rachunek sumienia robi nie sobie, ale wszystkim naokoło. My - oznacza media, ale przecież nie "Wprost", bo przecież samo opowiedzenie się Lisa przeciwko temu "zjawisku" sytuuje gazetę ponad plebejskimi tabloidami. Lis skupia się na publiczności - opisuje żądną krwi dzicz sprzed telewizorów, która tylko czeka na to, aby - pardon le mot - udupić jakiegoś politycznego czy medialnego celebrytę. "Średniowieczny tłum spod pręgierza" poniża wielkich tego świata, pisze Lis, bo dzięki temu czuje się lepszy. Czy tak można?
Każdy czytelnik "Wprost" (który za wszelką cenę nie chce przecież być średniowiecznym tłumem) już wie: nie można osądzać! Nie można szermować medialnych wyroków! Kto pierwszy jest bez winy niech rzuci kamieniem w Polańskiego, Strauss-Kahna czy.... no właśnie, w Piesiewicza. Właściwie to nie ma znaczenia co ci ludzie zrobili. Najbardziej ohydne jest to, że przeklęte tabloidy zrobiły sobie z nich rozrywkę. Trzeba wprowadzić kontrolę tabloidów, najlepiej pod kuratelą jakiegoś oświeconego gremium, które będzie orzekało o czyjej winie można pisać, a o czyjej nie. Na przykład news - "sąd zmusi Kaczyńskiego do badania psychiatrycznego" - to dobry news, ale już "Krzysztof Piesiewicz zażywał narkotyki przebrany w sukienkę" - to już zły news. No tak się nie godzi! Nie możemy przecież pozwolić, żeby wróciła "duszna atmosfera" rządów PiS, pełna oskarżeń, pomówień i mowy nienawiści, które zabiły Barbarę Blidę!
(Aż przypomina się w tym miejscu znany wyjątek z "humoru zeszytów", gdzie o Wokulskim, bohaterze Lalki, nieznany uczeń napisał, iż ten "zginął przygnieciony resztkami feudalizmu").
I jesteśmy na prostej. Kiedy już wiadomo, że publikowanie jakichkolwiek kompromitujących materiałów na temat salonowego towarzystwa jest ohydne moralnie, można już zacząć kampanię wyborczą. A ściślej - kampanię wyborczą senatora Piesiewicza, który - jako człowiek honoru - MUSI kandydować, aby "dać odpór podłości mediów, które z niego zrobiły ofiarę". Tylko wredni pisowcy - bo komu, jeżeli nie pisowcom, najbardziej pasuje miano "średniowiecznego tłumu spod pręgierza"? - będą nadal sączyć jad na lewo i prawo. A my przecież wiemy swoje.

W mojej młodości Tadeusz Ross miał program w telewizji pod tytułem "Zulu Gula", gdzie satyrycznie omawiał niektóre wydarzenia w naszym kraju kończąc zazwyczaj wypowiedzi frazą "i to jest bardzo piękne". Nie pozostaje nic innego, jak w taki właśnie sposób podsumować ten wpis: w naszym kraju polityk może zrobić właściwie każdą głupotę i każde świństwo, ale jeżeli należy do jedynie słusznej opcji to i tak nie poniesie za to żadnych konsekwencji - np. zamiast iść do więzienia, pójdzie do senatu. I to jest bardzo, bardzo piękne.



.jpg)




