PiSy szczekają, a karawana jedzie dalej
 Oceń wpis
   

Polska polityka już dość dawno przestała być obiektem zainteresowania dla kogoś, kto przywykł patrzeć na politykę z punktu widzenia politologicznego czy filozoficznego, a więc rozważać ją przez pryzmat idei i doktryn. Wskazuje się często - ostatnio zrobił to m.in. Jacek Kloczkowski - że jesteśmy na etapie postpolityki: nie toczy się obecnie żadna ważna debata ustrojowa, a wszystko, co zaprząta uwagę polityków i tzw. opinii publicznej jest domeną PR i marketingu politycznego. 

I jeżeli skupić się na tym tylko aspekcie życia politycznego, to od roku 2005 mamy w Polsce natłok tak ciekawych zjawisk, że trudno od nich oderwać wzrok, a nawet trudno je wszystkie spisać i uporządkować. Przede wszystkim chodzi tutaj o bezprecedensową walkę sekt - sekty prorządowej z jednej oraz sekty prokaczyńskiej z drugiej strony - która każdego dnia odbywa się w dziesiątkach i setkach komentarzy na portalach informacyjnych i społecznościowych. Nie mniej ciekawe jednak jest działanie głównych medialnych graczy, którzy uprawiają taką ekwilibrystykę włączając się w kampanię wyborczą, że czasem zapominają się w tym maskować. 

Moim ulubionym pod tym względem medium nie jest wcale Agora, ale kierowany przez Tomasza Lisa "Wprost", którego profil na Facebook już kiedyś przytaczałem. Kampania na rzecz PO trwa tam w najlepsze - tak, że dość przytoczyć same obrazki, które zbyt obszernego komentarza nie wymagają. 

Zacznę tylko od przytoczenia tzw. backgroundu. W 2009 roku "Super Express" opublikował materiały filmowe, na których Krzysztof Piesiewicz - adwokat, scenarzysta i jeden z dyżurnych autorytetów Platformy Obywatelskiej - przebrany w kolorową sukienkę pozwala sobie malować usta szminką a także wciąga ze stołu biały proszek. Okazało się, że towarzyszące senatorowi panie nagrały to wszystko po to, aby go szantażować - żądały ponoć 400 tysięcy złotych za to, aby filmik nie ujrzał światła dziennego.

Normalny człowiek, jeżeli nie popełniłby samobójstwa chcąc ratować resztki honoru, to ponad wszelką wątpliwość ze wstydu zaszyłby się w takim miejscu, w którym by go nie znaleziono i nie przypominano mu o sprawie. Ale w momencie, gdy w grę wchodzi polityka, to jest to nie do pomyślenia - w sytuacji Piesiewicza należało nie tylko głupio się tłumaczyć, że to wszystko manipulacja, że się nie pamięta, a ze stołu wciągało się sproszkowane lekarstwo (dlaczego nie mąkę albo cukier puder, przecież i tak pan nic nie pamięta, senatorze?), ale sprowadzić wstyd na całą komentującą własne wesołe wygibasy gawiedź. 

I tutaj wezwano na pomoc (chociaż szczerze to wątpię, czy musiano go wzywać) Tomasza Lisa. Najpierw okładka numeru "Wprost" z 4 lipca: 

 

ZABICI ZA ŻYCIA! Czy może być większy dramat? No chyba tylko ten z lewego górnego rogu okładki, mianowicie "atak talibanu" w osobach Rydzyka i Macierewicza. Ale "zabicie za życia" to też niewąskie nieszczęście dla autorytetów medialnych, o czym w ostrych słowach przekonuje Nadredaktor: 

Och, jak my to kochamy. My – media i wy – widzowie, czytelnicy. My podsuwamy wam pod nos ofiarę i zapraszamy do linczu. Wy oglądacie upadek ofiary. My mamy oglądalność i nakład, wy satysfakcję – znany i potężny upadł.

Całość: Zabici gazetą

Lis używa słowa "my", ale rachunek sumienia robi nie sobie, ale wszystkim naokoło. My - oznacza media, ale przecież nie "Wprost", bo przecież samo opowiedzenie się Lisa przeciwko temu "zjawisku" sytuuje gazetę ponad plebejskimi tabloidami. Lis skupia się na publiczności - opisuje żądną krwi dzicz sprzed telewizorów, która tylko czeka na to, aby - pardon le mot - udupić jakiegoś politycznego czy medialnego celebrytę. "Średniowieczny tłum spod pręgierza"  poniża wielkich tego świata, pisze Lis, bo dzięki temu czuje się lepszy. Czy tak można? 

Każdy czytelnik "Wprost" (który za wszelką cenę nie chce przecież być średniowiecznym tłumem) już wie: nie można osądzać! Nie można szermować medialnych wyroków! Kto pierwszy jest bez winy niech rzuci kamieniem w Polańskiego, Strauss-Kahna czy.... no właśnie, w Piesiewicza. Właściwie to nie ma znaczenia co ci ludzie zrobili. Najbardziej ohydne jest to, że przeklęte tabloidy zrobiły sobie z nich rozrywkę. Trzeba wprowadzić kontrolę tabloidów, najlepiej pod kuratelą jakiegoś oświeconego gremium, które będzie orzekało o czyjej winie można pisać, a o czyjej nie. Na przykład news - "sąd zmusi Kaczyńskiego do badania psychiatrycznego" - to dobry news, ale już "Krzysztof Piesiewicz zażywał narkotyki przebrany w sukienkę" - to już zły news. No tak się nie godzi! Nie możemy przecież pozwolić, żeby wróciła "duszna atmosfera" rządów PiS, pełna oskarżeń, pomówień i mowy nienawiści, które zabiły Barbarę Blidę! 

(Aż przypomina się w tym miejscu znany wyjątek z "humoru zeszytów", gdzie o Wokulskim, bohaterze Lalki, nieznany uczeń napisał, iż ten "zginął przygnieciony resztkami feudalizmu"). 

I jesteśmy na prostej. Kiedy już wiadomo, że publikowanie jakichkolwiek kompromitujących materiałów na temat salonowego towarzystwa jest ohydne moralnie, można już zacząć kampanię wyborczą. A ściślej - kampanię wyborczą senatora Piesiewicza, który - jako człowiek honoru - MUSI kandydować, aby "dać odpór podłości mediów, które z niego zrobiły ofiarę". Tylko wredni pisowcy - bo komu, jeżeli nie pisowcom, najbardziej pasuje miano "średniowiecznego tłumu spod pręgierza"? - będą nadal sączyć jad na lewo i prawo. A my przecież wiemy swoje. 

 W mojej młodości Tadeusz Ross miał program w telewizji pod tytułem "Zulu Gula", gdzie satyrycznie omawiał niektóre wydarzenia w naszym kraju kończąc zazwyczaj wypowiedzi frazą "i to jest bardzo piękne". Nie pozostaje nic innego, jak w taki  właśnie sposób podsumować ten wpis: w naszym kraju polityk może zrobić właściwie każdą głupotę i każde świństwo, ale jeżeli należy do jedynie słusznej opcji to i tak nie poniesie za to żadnych konsekwencji - np. zamiast iść do więzienia, pójdzie do senatu.  I to jest bardzo, bardzo piękne. 

 

Komentarze (3)
Zatrudnij buddologa
 Oceń wpis
   

 Kryzys w polskiej edukacji trwa. To znaczy trwa już od naprawdę długiego czasu, natomiast obecnie jest zjawiskiem bardzo medialnym. O polskich studiach i perspektywach (czy raczej braku perspektyw) ofiar polskiego systemu edukacji pisał już od początku tego roku m.in. Newsweek, Dziennik, czy media agorowe. Powodem, dla którego temat zaistniał w mediach jest oczywiście sytuacja na rynku pracy, a więc dotykająca całą Europę zaraza formalnie wykształconych bezrobotnych młodych ludzi. 

Problem w tym, że za okrzykiem "wiemy, że coś się dzieje" nie idzie ani zrozumienie przyczyn takiego stanu rzeczy, ani racjonalne środki zaradcze. O ile ze strony rządu (jakiegokolwiek, ale obecny swoją niekompetencją bije każdy poprzedni) nikt rozsądny się tego nie spodziewa, o tyle rzeczą naprawdę zasmucającą jest to, że ślepe są również środowiska akademickie. Chociaż może nie ślepe, bo w tym przypadku i ślepy by dostrzegł, ale po prostu sparaliżowane przez patologiczny system, którego finansowe podstawy niejako zmuszają uczelnianych decydentów do podejmowania głupich decyzji. Johnatan Price

Mam przed sobą wypracowania studentów. Wiele z nich powinno zostać ocenionych negatywnie. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę trendy w edukacji wyższej, nie można nie zaliczyć kursu tym studentom. Uniwersytet w Holandii otrzymuje co roku wypłatę za każdego nowo przyjętego studenta oraz dodatkową (znacznie większą) wypłatę, za studenta, który ukończy pomyślnie studia. To perwersyjna zachęta, która działa przeciwko doskonałości nauczania oraz wymaga, by wszyscy uczestniczyli w fikcji wykształcenia, placu zabaw, który wzorowany jest na starym modelu uniwersytetu, tylko pozbawionym elementu mozolnej i nieraz nudnej pracy.

 Całość: czteryprzyczyny.salon24.pl

Jeżeli uczelnia wyższa otrzymuje pieniądze za każdego studiującego, a przy tym na drodze do kieszeni podatnika ma sporą konkurencję, to naturalną koleją rzeczy nie będzie dbała o poziom studiów, ale o ilość studentów. Jest błędem twierdzenie, że - zwłaszcza tzw. humaniści - mają wiedzę teoretyczną  i dlatego nie nadają się do niczego na rynku pracy. Kilkuminutowa pogawędka z przeciętnym magistrem kierunku humanistycznego wystarczy aby przekonać się, że ten żadnej naprawdę istotnej wiedzy teoretycznej nie posiada, nie wspominając już o tym, że jego zdolności komunikacyjne - umiejętność wypowiadania się, poprawnego pisania etc. - są praktycznie żadne. Nastawienie uczelni wyższych na ilość zamiast jakości skutkuje tym, że dyplom dla pracodawcy nie reprezentuje nie tylko konkretnych umiejętności praktycznych, ale również wiedzy. 

Długo by dyskutować o etosie wyższego wykształcenia i hierarchii celów w społeczeństwie - zbyt długo, żeby bez niepotrzebnych niedopowiedzeń pisać o tym na blogu. Tutaj jednak należy zwrócić uwagę na fakt podstawowy: z perspektywy rynku (w tym rynku pracy), "wykształcenie praktyczne" nie ma najmniejszego sensu, ponieważ przy wąskiej specjalizacji (jak powiedzmy marketing internetowy) program nauczania nie będzie nigdy w stanie nadążyć za zmianami, które są każdego dnia wprowadzane w życie. Każdy, kto aspiruje do celów "wyższych" (a w biznesie do wyższych stanowisk kierowniczych) powinien właśnie przyswoić pewien kanon wiedzy ogólnej, która w zderzeniu z praktyką będzie go kierunkowała na bieżący rozwój. Studia sprawy przystosowania do realiów nie załatwią, a kto uważa inaczej jest w poważnym i oczywistym błędzie. Pół biedy, jeżeli tak myśli jakiś maturzysta, który roi sobie, że po takim a takim kierunku studiów będą się o niego bili liderzy rynku, a on w ofertach pracy będzie przebierał jak w ulęgałkach. Poważny problem zaczyna się wtedy, gdy ten sposób myślenia zaczynają reprezentować ci, którzy o kształcie nauki decydują. 

I tak właśnie: Uniwersytet Jagielloński ma zamiar na przykład uruchomić studia z BUDDOLOGII. Czemuż studia z BUDDOLOGII mają służyć? Jak tłumaczy prof. Marta Kudelska

Buddyjska myśl, filozofia i religia jest jednym z najpopularniejszych ruchów na świecie, ale rzetelna wiedza akademicka na ten temat jest znikoma. My chcemy kształcić specjalistów, którzy taką wiedzę zdobędą i będą mogli podjąć dialog międzykulturowy

Komu tacy "specjaliści" są potrzebni nie wiadomo, bo przeglądając aktualne oferty pracy raczej nie natknąłem się na wymagania takie jak znajomość historii buddyzmu, a i trudno mi sobie wyobrazić do czego miałyby służyć. Oczywiście zakładam, że mogę się mylić i pracodawcy nie mogą się doczekać aż absolwenci BUDDOLOGII opuszczą mury uniwersytetu, żeby dać im super płatną pracę.

Żeby jednak nie ograniczać się do tak przyziemnych spraw jak zarabianie (wszak pogoń za karierą i pieniędzmi stoi w zdecydowanej sprzeczności z "ośmioraką ścieżką"), to jako absolwent wydziału, który te wprost wspaniałe studia uruchomił mogę wymienić przynajmniej kilka osób, których zainteresowania naukowe wokół buddyzmu się obracają i które na ten temat broniły na UJ prace magisterskie i doktorskie, i wcale nie stanowią oni mniejszości nawet w porównaniu z osobami wyspecjalizowanymi np.  w dużo ważniejszej dla Europejczyka filozofii chrześcijańskiej. Nie wiem ponadto czy kierunek BUDDOLOGIA (piszę wielkimi literami, bo lepiej wtedy odczuwam cały komizm sytuacji) przy jednoczesnym braku np. chrystologii, nie godzi w zasadę "neutralności światopoglądowej" państwowej uczelni, no ale to temat na zupełnie inną dyskusję. 

Buddologia to tylko najbardziej jaskrawy przykład absurdu, w jaki weszły wyższe uczelnie podczas naganiania maturzystów do swoich sal dydaktycznych. Pomijając już propagandowy aspekt wprowadzania na uczelnie buddyzmu czy "wiedzy o Holokauście", to jeżeli ktoś jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego skąd tak wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi, służę uprzejmie informacją, że właśnie z takich powodów: marnotrawienia pieniędzy podatników na spełnianie totalnie oderwanych od rzeczywistości aspiracji naszych akademików. 

W kierunkach ścisłych i technicznych zresztą zasada jest podobna, chociaż siłą rzeczy w mniejszej skali i z dużo mniejszą dawką absurdu. Coraz dalej postępująca specjalizacja jest koniecznością wymuszoną przez rozwój technologii i dynamizm rynku - to jest fakt. Jednak organizowanie wokół bardzo wąskiej dziedziny pięciu lat studiów, zamiast przygotowania solidnych podstaw teoretycznych (jak ujmował to Arystoteles: "z rzeczy, które nie mogą mieć się inaczej") jako narzędzi do własnego późniejszego rozwoju i specjalizacji, może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych: a więc nadmiaru ekspertów z jednego tylko poletka, które to poletko przez pięć lat studiów może stać się (pod względem zapotrzebowania na nowych pracowników) zdecydowanie mniej chłonne, niż w momencie uruchamiania danego kierunku. A ponadto, jak pisał Robert A. Heinlein

A human being should be able to change a diaper, plan an invasion, butcher a hog, conn a ship, design a building, write a sonnet, balance accounts, build a wall, set a bone, comfort the dying, take orders, give orders, cooperate, act alone, solve equations, analyze a new problem, pitch manure, program a computer, cook a tasty meal, fight efficiently, die gallantly. Specialization is for insects. 

Proces rynkowy, w którym ludzie decydują co jest im potrzebne, a co nie, oczywiście ufunduje hierarchię tak, jaką ona powinna być. Żal tylko zmarnotrawionych środków, które jako podatnicy moglibyśmy przeznaczyć na cele dużo bardziej trafne. 

Komentarze (1)
Perspektywy Tuska
 Oceń wpis
   

Czy Platforma wygra ponownie wybory i zostanie na drugą kadencję? Wysiłki wyborcze prorządowych mediów w tym celu wykonywane są naprawdę godne podziwu, a nawet zadziwiające. I to zadziwiające nie tylko ze względu na ich intensywność i kompletny brak umiejętności dostrzeżenia tejże u tzw. elektoratu, ale również dlatego, że obecny rząd nic na wygraniu wyborów nie zyska. 

Nawet biorąc pod uwagę przy analizie sytuacji zmienną w postaci (bardzo prawdopodobnego) dalszego dziecinnienia elektoratu i - wynikającą z tego procesu - możliwość wmówienia mu w 2012 roku, że za brak spełnienia obietnic wyborczych z 2005, 2007 i 2011 roku odpowiada prezes PiS, Radio Maryja i miejsce pochówku Lecha Kaczyńskiego, nie wszystko rząd jest w stanie ugrać tą (trudno wyszukać trafniejsze sformułowanie) bzdurną ideologią, nawet jeżeli wzbogaci ją o kolejne elementy jak "walkę ze spekulantami" czy "bezpieczeństwo na stadionach". Jeżeli Tusk wygra ponownie wybory, to będzie musiał zmierzyć się z bałaganem, który sam zrobił (pięciokrotny wzrost długu od początku swojej kadencji). Raczej wątpliwe jest, aby rząd zareagował - i wybrnął z sytuacji - w taki sposób jak to było w Szwecji, bardziej prawdopodobne (jeżeli patrzeć na obecną politykę) jest to, że znajdziemy się na tym etapie, na którym jest Grecja. A wtedy PiS i tematy zastępcze nie pomogą. 

Po co więc Tuskowi wygrana? W najbardziej prozaicznym sensie na pewno po to, żeby się utrzymać przez kolejne cztery lata, ponieważ jedyne, co może sobie wpisać do CV to "zawód polityk". O ile Roman Giertych mógł wrócić do zawodu adwokata, a Andrzej Lepper na gospodarstwo, to Donald Tusk nie robił w życiu nic poza czerpaniem pieniędzy z opodatkowania obywateli. Jednak paradoksalnie przegrana w wyborach - i to na korzyść PiS - jest dla niego bardziej opłacalna. Jeżeli przewidywania się sprawdzą, to po kolejnej kadencji Tusk odejdzie jako totalny polityczny bankrut, być może skazany przez Trybunał Stanu. Wygrana PiS sprowadziłaby na tę partię konieczność posprzątania ruiny finansów publicznych (do czego nie jest zdolna), a Tusk i salon mogliby kiwać głowami i zacierać ręce: "mieliśmy rację, największe zagrożenie Polski to Jarosław Kaczyński". 

Można byłoby nawet założyć, że właśnie taki jest plan: że kampania prowadzona przez prorządowe media jest tak absurdalna właśnie po to, żeby wygrał Kaczyński. Jednak np. Adam Michnik, snując swoje fantasmagorie na temat ducha nacjonalizmu i antydemokratyzmu po pierwsze nie jest na tyle mądry, żeby na taki pomysł wpaść, a po drugie nie jest na tyle głupi, żeby nie wiedzieć jak reaguje na to tzw. elektorat. Teoria spiskowa odpada. A skoro odpada, to należy przyjąć, że Tusk i salon naprawdę wierzą w to, że coś mogą i że będzie dobrze. I chyba należy im z tego powodu współczuć - bo śmieszne to już przestało być dawno temu. 

 

Komentarze (0)
Upadek narracji
 Oceń wpis
   

Rafał Ziemkiewicz zwrócił uwagę na ciekawy fakt: że sondażowy stosunek 30% zwolenników PiS do 70% nie-zwolenników PiS wcale nie znaczy, że te 70% nie poprze PiS albo jeszcze lepiej - że poprze PO. Jest to, owszem, prawda, zwłaszcza że sondaże w Polsce to jedynie kolejne narzędzie marketingu politycznego i ufają im wyłącznie ci, którzy nie za bardzo mają pojęcie jak się je faktycznie robi. Nie przeceniałbym jednak tego aż tak bardzo, więcej - jestem zszokowany utrzymywaniem się u Ziemkiewicza wiary w to, że PiS jest partią "antysystemową", która w jakiś zasadniczy sposób zmieniłaby oblicze polskiej polityki. Już nie raz politycy tej partii pokazali, że nie mają niczego ciekawego do zaoferowania, a jeżeli coś już mają, to nie różni się to w żaden sposób od ich "wrogów" z PO. Zresztą stara zasada mówi, że o człowieku świadczą jego wrogowie, więc obie partie są wybitnie siebie warte.

Bronić PiS można chyba tylko ze względu na pouczenie płynące ze znanej myśli Martina Niemöllera (Als die Nazis die Kommunisten holten, habe ich geschwiegen; ich war ja kein Kommunist. (...) Als sie mich holten, gab es keinen mehr, der protestieren konnte) - a więc jak już elitka zacznie się rozprawiać z rzeczywistą opozycją, to może być tak, że nikt już nie zareaguje. Ale to już kompletnie inna historia. (Swoją drogą tego cytatu używają najczęściej dzisiaj chyba ci, którzy jawnie i otwarcie popierają politykę przymusowej "europeizacji" i "laicyzacji" jako antidotum na "zagrożenie totalitarne" - to już też jest znak czasów).

Faktem jest natomiast to, że dzisiejsze poparcie dla PO przypomina obchodzenie Świąt w dzisiejszych czasach. Niby katolicyzm jest be, ale większość i tak śpiewa kolędy albo maluje pisanki - z przyzwyczajenia. Co prawda można zaobserwować też i taki trend, który nakazuje nawet najbardziej zatwardziałym wegetarianom zjeść dzisiaj kebaba na złość ciemnogrodowi, ale jeżeli chodzi o rzeczywistość polityczną to tak naprawdę ten wspomniany przez Ziemkiewicza brak narracji elitki rządzącej okaże się znowu jej największym atutem. Takie mamy czasy, a upadek wielkich metanarracji wieszczyło już wielu autorów. Tzw. elektoratowi nie będzie przeszkadzać np. to, że minister Grabarczyk upatruje winnych zatorów na kolei w pasażerach (bydło powinno jeździć wtedy kiedy trzeba i kiedy władza każe, a nie wtedy kiedy akurat ma taką ochotę) bo za tym nie stoi żadna idea, tylko nieudolność, a nieudolność Grabarczyka jest dla elektoratu mniejszym grzechem niż ideowość Kaczyńskiego.

Nadzieja na zmianę sytuacji w tym, że elektorat w końcu się wkurzy nie na żarty, wyjdzie na ulice zmęczony podwyżkami cen i podatków, kompletnym burdelem w dziedzinach należących (niestety) do rządu i rozprawi się nie tylko z nieudolną elitką, ale również z jej zaciekłymi agitatorami dziennikarskimi. Ale to może się stać tylko wtedy, gdy Kaczyński odejdzie. Ale ani ten ostatni, ani jego kibice w "walce" z Tuskiem - nawet ci najbardziej szczerzy - tego nie rozumieją. A zatem przede wszystkim zrozumienia - tego życzyć należy z okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy.

 

Komentarze (0)
Skandal na krakowskim rynku!
 Oceń wpis
   

Od rana prześladuje mnie mój najbardziej ulubiony ze wszystkich temat, czyli "faszystowskie zagrożenie" i wygibasy bojówek Agory dotyczące udowadniania tegoż zagrożenia. Usłyszałem rano w radiu informację i miałem nadzieję, że dziennikarzyna zacytował to z informacji prasowej - bo było to mistrzostwo świata, a  pastwienie się nad tekstem, który poszedł w eter jest niewygodne. Zupełnie inaczej gdy się ma dowód na piśmie - i taki dzięki Bogu się znalazł.

Historia - jak zwykle w takich przypadkach - mrozi krew w żyłach każdego młodego, wykształconego, z wielkiego ośrodka. W biały dzień na rynek krakowski weszli ludzie ze swastyką! No, a przynajmniej "symbolem do złudzenia przypominającym swastykę"... Ale skoro do złudzenia przypominający nieuka  dziennikarz wyborczej i jego do złudzenia przypominający wymyśloną postać informator mieli złudzenie swastyki, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taki a nie inny tytuł nadać artykułowi.

Do złudzenia przypominający wymyśloną postać człowiek był oburzony nie tylko samym faktem złudzenia swastyki, ale również złudzeniem, że policja polska zamiast zająć się ludźmi niosącymi do złudzenia przypominający swastykę symbol zaczęła zajmować się bliżej nieokreślonymi "artystami" (toż to znane z hitlerowskiej okupacji łapanki!). Do złudzenia przypominający wymyśloną postać bohater artykułu był dodatkowo gościem zagranicznym, więc w zestawieniu ze złudzeniem swastyki przynosi to złudzenie wstydu na cały bez mała świat.

Czego się przyczepić na początek naprawdę nie sposób wybrać. Nie wiem co oznacza, że symbol do złudzenia przypominał swastykę, symbol mógł być swastyką albo nią nie być, a nie "trochę być a trochę nie być". Wziąwszy pod uwagę zamieszczone jako ilustracyja do artykułu zdjęcie można się zastanawiać w jaki sposób w ogóle mógł symbol ów przypominać do złudzenia przypominającemu nieuka dziennikarzowi swastykę, bo to, że nią nie był jest całkowicie oczywiste. Jeżeli symbol ten  może do złudzenia coś przypominać to literę "S", ponieważ jest to przypuszczalnie runa SIG, używana jako logo Sztafet Obronnych Narodowo Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej, organizacji znanej szerzej jako SS.

Update: Kelthuz w komentarzu ma słuszność, jest to Rodło. Mea culpa, opierałem się na zdjęciu i nie skojarzyłem. 

 Czy przypominający do złudzenia nieuka dziennikarz o tym wiedział? Być może tak, być może powiedział mu to jakiś jego nieco mniej przypominający nieuka kolega. Gdyby jednak to napisał, to skąd przeciętny młody, wykształcony, z wielkiego ośrodka miałby wiedzieć jak na to zareagować? No i ten jego do złudzenia przypominający wymyśloną postać rozmówca, który żeby się uwiarygodnić  mógłby powiedzieć coś w stylu "u nas w Ameryce organizacje narodowo-socjalistyczne działają legalnie i jawnie bo mamy wolność słowa, no ale jestem oburzony bo to Polska", ale gdyby to powiedział, to przecież nie byłoby tego poczucia wstydu za to, że jesteśmy tak zaściankowi.

A tak już wiadomo dlaczego ci, którzy przynieśli emblemat z runą, pardon - symbolem do złudzenia przypominającym swastykę - będą teraz przedmiotem śledztwa o nawoływanie do nienawiści (sic!).

Wszystko byłoby do bulu i nadzieji zabawne, gdyby nie fakt, że czytelnictwo takich bredni jest na zastraszająco wysokim poziomie. Kto przychodzi uczcić Katyń, ten faszysta. Niezależnie czy chodzi o ofiary katastrofy sprzed roku, czy polskich żołnierzy sprzed lat siedemdziesięciu. To jest passe.

Swoją drogą trzeba tutaj uczciwie przyznać, że owszem, Zadruga jest formacją stricte narodowo-socjalistyczną, nie wedle współczesnego dyskursu dla idiotów, tylko z punktu widzenia systematyki ideologicznej. (Gdyby odłączyć ich niechęć do żydów i element narodowy, to w sumie stanowiliby całkiem sympatyczną dla młodych, wykształconych organizację - jako zaciekli antykatolicy, ekologiści i antykapitaliści). Ale jeżeli wyniesienie runy Sig na rynek krakowski czy w ogóle działalność tych 10 osób w całej Polsce to jest główny problem naszego społeczeństwa, to w istocie żyjemy w raju i z czystym sumieniem możemy głosować na Platformę Obywatelską. 

 

Komentarze (7)
Edukacja niekoniecznie wyższa
 Oceń wpis
   

Niedawno miałem okazję uczestniczyć po raz kolejny w programie Radioaktywni na antenie Radia Kraków. Dyskusja dotyczyła planowanej przez rząd reformy szkolnictwa wyższego i po raz wtóry - m.in po debacie, jaka odbyła się w Krakowie ponad rok temu - znajdowałem się w dość niekomfortowej sytuacji, będąc zmuszonym bronić posunięć rządu przed skrajną lewicą. Zwłaszcza jeżeli chodzi o pomysł tzw. drugiego płatnego kierunku, który (pomysł) pod wieloma względami jest bardzo daleki od ideału i może być traktowany wyłącznie jako półśrodek, ale mimo wszystko jest jakimś tam rozwiązaniem na problemy nie tylko ze szkolnictwem, ale również - co być może jeszcze ważniejsze - z rynkiem pracy dla absolwentów.

Stanowisko lewicy jest zazwyczaj takie, że "prawo do wykształcenia" obejmuje również studia wyższe, przez co stają się one dobrem publicznym, a dobra publiczne - jak to w pojęciu lewicy bywa - powinny być "za darmo". Te dwa pojęcia są używane w sposób kompletnie mylący - "prawo do" nie implikuje wcale otrzymania czegoś na samo żądanie (np. niezaprzeczalne i przysługujące każdemu człowiekowi prawo do zjedzenia główki kapusty nie oznacza, że jak tylko zechce, to może ją zjeść - musi się najpierw o nią postarać), natomiast "za darmo" to w ogóle już kompletne czarowanie rzeczywistości (jeżeli coś jest "za darmo" to nikt za to nie bierze pieniędzy - a lekarze w "bezpłatnej" służbie zdrowia czy profesorowie na "bezpłatnych" uczelniach za dobre słowo raczej nie pracują).

Takie podejście wynika w prostej linii z dość specyficznego pojęcia dóbr kultury, gdzie są one "własnością całego społeczeństwa" i wszelkie nierówności w dostępie do nich są zaprzeczeniem egalitaryzmu. To rodzi absurdalne konsekwencje, głównie w pojęciu roli edukacji. Szkoła nie powinna być "opresywna", od uczniów nie można zbyt wiele wymagać i stawiać im barier - na żadnym poziomie. Izolowanie nieuków od matury czy magistra stworzyłoby przecież niedemokratyczną otoczkę elitaryzmu.

Efekty tego są widoczne już od dawna, ponieważ w dzisiejszych czasach roi się od magistrów (z łaciny- mistrzów), dla których różniczka to wyniczek odejmowanka, romantyzm to wyłącznie długi spacer i kolacja przy świecach, którzy z "dynamiki Newtona" znają tylko czwarte prawo a mol nie kojarzy im się ani z chemią, ani z muzyką. Zresztą dla nich "mistrzowie" to wyłącznie nazwa strony internetowej z głupimi obrazkami. Wymaganie od nich faktycznego wykształcenia wyższego - a więc wszechstronnego rozwoju i wiedzy nie tylko z jednej, bardzo wąskiej dziedziny - stało się już dawno rzeczą nieakceptowalną. Zarówno przez nich samych, jak i przez ich mentorów, wychowanych na ideach kontrkulturowych z jednej, a komunistycznych z drugiej strony.

Magistrowie nie posiadają więc wiedzy ogólnej, którą teoretycznie posiadać powinni, a umiejętności praktycznych - i ten problem dotyczy zwłaszcza "humanistów" - nie mają siłą rzeczy. Dlatego trudno się dziwić, że dla pracodawcy, do którego nie potrafią nawet dobrze napisać listu motywacyjnego, są bezwartościowi.

Co zrobić? Iść za przykładem Czechów, którzy - jako wzór pragmatyzmu - postanowili skończyć z mitem "młodego, wykształconego, z dużego ośrodka". Czesi uświadomili sobie, że wyższe wykształcenie nie jest dla wszystkich i na studia powinni iść tylko ci, którzy faktycznie wyższe wykształcenie chcą i mogą mieć. I jakkolwiek by to nie brzmiało dla polskiego odbiorcy, który do mitu studiów jest przyzwyczajony - nie chodzi tutaj bynajmniej o wartościowanie, że posiadacz wyższego wykształcenia jest "lepszy" od tego, który ma średnie techniczne albo zawodowe. Absolutnie nie. Zresztą wystarczy spojrzeć na niektóre oferty pracy i rozejrzeć się za proponowanymi stawkami, żeby napluć sobie w brodę, że się poszło do ogólniaka i robiło się dyplom przez pięć lat, zamiast zostać technikiem elektrykiem albo technikiem murarzem.

Kto inny nadaje się na studia, ktoś inny nadaje się do gry w koszykówkę, a ktoś inny do jazdy na rowerze. Znam kilku rzemieślników, którzy robią wspaniałe rzeczy i przypuszczalnie gdyby poszli na studia ich talent by się zmarnował.

Jaka jednak reakcja na takie zmiany byłaby w Polsce wyczuć można już po tonie wyżej cytowanego artykułu:
Wielu ekspertów się dziwi, że rząd nie dąży do podniesienia poziomu nauczania poprzez podnoszenie pensji profesorom. W ten sposób posada nauczyciela akademickiego stałaby się bardzo atrakcyjna, a przez to rósłby poziom edukacji - argumentują specjaliści.

Nie wiem cóż to  "eksperci" tak się wymądrzają, ale po tym co mówią można się domyślić, że są to ofiary polskiego systemu edukacji (z tytułami magistra, a któż wie - może i doktora, bo inflacja tych ostatnich w kierunkach humanistycznych też jest zauważalna). Tego nawet nie da się skomentować, bo ten  związek przyczynowo-skutkowy, który nakreślony jest przez "specjalistów" jest sprawą ultratajemniczą.

Ale żeby nie było wątpliwości kto tu jest czarnym charakterem, to na koniec redaktor (pewnie zasięgnąwszy pierwej opinii "ekspertów") serwuje zdanie:

Min. Dobesz powiedział zresztą wprost: państwowe egzaminy dojrzałości, które po raz pierwszy zostaną przeprowadzone w tym roku, zostały przygotowane tak, aby jedna piąta uczniów nie zdała. Załamany uczeń szkoły średniej bez matury to dla dominujących w czeskim przemyśle montowni idealny kandydat do pracy.

A to faszyści z tych Czechów, gnębią biedne dzieci trudnymi egzaminami, dzieci są sfrustrowane i idą do montowni jako zwykli robole! To zupełnie nie to, co opływająca w dostatki polska elita intelektualna. No tak musi być, bo studentom najwyraźniej pasuje to, że się do niczego nie nadają i histerycznie reagują na każdą propozycję zmian. W końcu jak zajdzie potrzeba, ich premier - od początku wszak okrzykiwany wybranym przez "młodych, wykształconych, z dużych ośrodków" - da im wszystkim robotę w administracji. A przynajmniej obieca.

 

Komentarze (4)
Niby szczegół
 Oceń wpis
   

Och, jak ja ostatnio polubiłem robić zrzuty ekranu. Warto uwieczniać pewne rzeczy, bo to co wyprawia czasem machina prorządowych lubczasopism to szczyty mistrzostwa.

A zatem - czy promujący się od dłuższego czasu na FB ogólnopolski tygodnik może zupełnie przypadkiem wkleić linka nie do artykułu, ale do komentarza pod artykułem?  Niby szczegół, ale jakie daje efekty!

 

Komentarze (0)
Epilog
 Oceń wpis
   

Kilka screenów z komentarzy do newsów dotyczących tragicznych wydarzeń w Łodzi.

 

Właściwie PiS mógłby zostać cały wymordowany i nic by się nie stało. Trochę szkoda, że w takich okolicznościach, ale muszę to powiedzieć - a nie mówiłem?

Komentarze (2)
Liberalizm w natarciu
 Oceń wpis
   

Muszę przyznać, że coraz mniej chce mi się komentować cokolwiek. Nie, nie dlatego, że nikt tego nie czyta - po statystykach bloga widać, ku mojemu zdziwieniu zresztą, że wchodzi tutaj całkiem sporo osób. Brak komentarzy może świadczyć o kilku rzeczach, np. o kiepskiej jakości bloga, ale przyjmę tutaj na potrzeby swojego ego, że przyczyną jest to, iż wszyscy czytelnicy się z tym, co tu napisane, zgadzają :)

Mam coraz mniej ochoty na komentowanie, bo po prostu rzeczywistość polityczna zaczyna mnie przerastać i już nawet mój wrodzony cynizm przestaje pomagać. A nawet chyba zaczyna przeszkadzać, bo jeżeli sytuacja rozwijała się będzie nadal w tym samym kierunku co teraz, to skończę w najlepszym przypadku jako bezrobotny wykolejeniec, a w najgorszym - jako więzień polityczny. Bez czyjegokolwiek współczucia, dodajmy.

Najbardziej przerażającą rzeczą jest bowiem to, w jaki sposób polska scena polityczna funkcjonuje w umysłach "opiniotwórczej" większości. Większość ta jest opiniotwórcza nie dlatego, że posiada samodzielnie stworzone opinie i je puszcza dalej w świat,  ale dlatego, że ci, którzy tworzą dla niej opinie, postarali się, aby ona uwierzyła w swoją opiniotwórczą moc. Skomplikowane? Zatem może prościej - jedną z technik  wpływu na klienta w negocjacjach biznesowych jest takie kierowanie rozmową, aby klient "sam" doszedł do wniosku, że na proponowanych mu warunkach skorzysta. To samo dotyczy opinii - ludzie żywią pewne poglądy dzisiaj przede wszystkim dlatego, że wyczytali lub usłyszeli, że to są ich własne poglądy.

A te poglądy to obecnie fanatyczna wręcz nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego i PiS, przysłaniająca dokładnie cały horyzont myślenia typowego młodego, wykształconego, z dużego miasta. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, zapraszam na Facebook bądź na strony komentarzy pod informacjami lub publicystyką polityczną na którymkolwiek portalu. Określenia typu "pisowski śmieć", "kaczystowska kurwa" albo inne w tym guście są chlebem powszednim tego typu miejsc.

I nie jest moją rolą ocena tego, czy PiS i Kaczyński sobie na takie określenia zasłużyli czy nie. Samo w sobie mnie to nie interesuje. Natomiast jako część ogólnego obrazu tzw. elektoratu robi to oszałamiające, a raczej przerażające, wrażenie. Niezależnie bowiem od tego co robi rząd, jakie jego posunięcie jest komentowane, to i tak gros wypowiadających się w Internecie upatruje zagrożenia ze strony Kaczyńskiego. Tusk mógłby teraz zadecydować, że łączy ze sobą urząd prezydenta i premiera, parlament rozwiązuje a na terytorium RP wprowadza się godzinę policyjną, a i tak przypuszczalnie za największe zagrożenie demokracji tzw. elektorat uznawałby dalej istnienie PiS.

PO, korzystając ze starych, sprawdzonych wzorców, właśnie zaczęła batalię o media. Z TVP wycofane zostały programy krytycznie nastawione do władzy a jako tako niezależna do tej pory "Rzepa" dogorywa. To znaczy dogorywa jej niezależność, bo sama ma się świetnie. I co robi w tym momencie tzw. elektorat? Otóż przyklaskuje! Pojęcie "mediów niezależnych" stało się synonimiczne do "mediów pisowskich". A jeżeli likwidowane są "media pisowskie", to przecież sama radość. LUBIĘ TO! - krzyczy tzw. elektorat i zaciera łapy.

A żeby nie było wątpliwości kto tu jest tym złym, to jeszcze na dokładkę podaje się elektoratowi wywiad z Guru Polskiego Obiektywnego Dziennikarstwa i Walki o Wolność. PiS jest niebezpieczny. My się PiS boimy. Czerska locuta, causa finita. Standing ovation elektoratu. Kurtyna.

Zajmowanie się historią idei stało się w dzisiejszych czasach cholernie trudne. Z jednej strony człowiek widzi, że coś idzie nie tak - ale nie może się odezwać, bo go wyśmieją. Może pokazywać konkretne ustępy w swoich uczonych księgach, może przywoływać obco brzmiące nazwiska typu Locke, Constant, Tocqueville, Acton, pokazywać przykłady historyczne i mówić "ej! liberalizm przed tym ostrzegał!". Ale to nic nie da, a działający w ten sposób ryzykuje dodatkowo nazwanie mianem "pisowskiego śmiecia".

Właściwie to dzisiaj lepiej nie wiedzieć nic. Poczytać wywiad z Adasiem i zasnąć spokojnie: w błogim przeświadczeniu, że cała prawda jest tak piękna.

Komentarze (9)
Dopala się
 Oceń wpis
   

"Premier zapowiedział, że będzie brutalnie - i było". Takie słowa na pierwszy rzut oka pasują do historycznego opisu działań kanclerza Rzeszy albo Maksymiliana Robespierre'a, jako ilustracja trudnych czasów przed nastaniem epoki najlepszego, najszczęśliwszego i najbardziej pokojowego systemu politycznego wszechczasów, demokracji liberalnej. Demokracja oficjalnie nie toleruje bowiem przemocy. Co prawda najbardziej dotyczy to patriarchalno-heteroseksualnej przemocy w kulturze i języku (która, jak wszyscy oświeceni wiedzą doskonale, była warunkiem sine qua non holokaustu), ale ogólnie przemoc czy brutalność w demokracji jest widziana zdecydowanie źle. Oficjalnie metodą w demokracji jest "dialog", wygrywają partie "dialogu", "porozumienia", przegrywają partie "podziałów".

Można snuć w tym miejscu głębokie, filozoficzno-kulturalne analizy zniewieścienia ludzi w demokracji, powołując się na Nietzschego, Orwella czy Fukuyamę, ale po pierwsze miejsca tutaj nie ma, a po drugie i tak nikt tego nie czyta. Chociaż mimo wszystko Orwell okazuje się tutaj niezastąpiony - nawet najbardziej totalny system, sterujący najbardziej otępiałymi ludźmi, potrzebuje wentyla bezpieczeństwa, miejsca gdzie mogą wyładować swoje krwiożercze instynkty. Dlatego demokracja musi mieć swoje dwie minuty nienawiści, bo nic tak nie jednoczy ludzi jak wspólny wróg.

Dwie minuty nienawiści miel młodzi, wykształceni, z dużych miast mogli znaleźć w sprawie krzyża, która umożliwiła im wykpiwanie i lżenie wulgarnymi słowami jakiejś grupy osób, która uosabiała ich lęki. Co najważniejsze - zupełnie bezkarnie. Adam Michnik nie pisał o tym, że ta sama siła, która pchnęła młodych do protestu przeciwko krzyżowi, pchnęła ich przodków do Jedwabnego, Jacek Żakowski nie upatrywał w nich ducha czarnej sotni, a Janina Parandowska nie porównywała tego do marszu Czarnych Koszul na Rzym. Pod krzyż poszedł sam wcielony duch demokratycznego, pokojowego państwa świeckiego dialogu i porozumienia.

Wróćmy jednak do słów zacytowanych na początku. Słowa te pochodzą nie z jednego, ale z kilku relacji największych portali informacyjnych z weekendowej sprawy dopalaczy. I nie wyrażały dezaprobaty, lecz pełen podziw dla sprawnej akcji aparatu państwowego interweniującego w sprzedaż jakichś chemicznych świństw. Oznacza to, że tzw. opinia publiczna z miejsca była przekonana, że dystrybutorzy dopalaczy to groźni przestępcy, których należy zetrzeć z powierzchni ziemi. "Premier rozkazał policji brutalnie wkroczyć do prywatnych sklepów i zarekwirować towar - i bardzo dobrze!". Siła przekazu była tak wielka, że młodzi, wykształceni, z dużych miast, zaczęli się znowu "spontanicznie" gromadzić na Facebook i wyrażać gorące poparcie dla rządu.

Muszę w tym miejscu uprzedzić, jak zresztą zawsze przy dyskusjach o "legalizacji" czegokolwiek - nie byłem, nie jestem i daj Boże nie będę nigdy konsumentem ani legalnych "dopalaczy", ani ich nielegalnych odpowiedników. Liberalizm klasyczny kieruje się prostymi zasadami i nie polega na tym, że ktoś według własnego widzimisię decyduje co powinno być legalne a co nie. Według tej starej, zapomnianej doktryny, jeżeli ktoś ma się ochotę otruć, to się truje - a rządowi od tego wara.

Wracając więc do meritum - możliwe rozwiązania zagadki "skąd się wzięła afera dopalaczy" są trzy:

1) sprawy krzyża i Radziszewskiej przestały być dla Tuska dobrymi tematami zastępczymi, przykrywającymi gigantyczną dziurę budżetową i ktoś mu doradził, żeby wymyślić temat nowy i podbić sobie w ten sposób słupki;
2) osoba mająca wpływ na decyzję o nalocie na dopalacze została przekupiona przez mafię narkotykową, która na rzecz dopalaczy traciła klientów i postanowiła z konkurencją zrobić porządek raz na zawsze;
3) rząd składa się z naiwnych lub kretynów, którzy uwierzyli w to, że faktycznie dopalacze to śmiertelne zagrożenie i robiąc to uratują świat przed złem;

Co ważne, powyższe opcje nawzajem się nie wykluczają i można je łączyć w dowolne konfiguracje - nikt bowiem nie mówi, że tylko jedno z tych zdań jest prawdą. To jest jednak w gruncie rzeczy nieważne - rząd Tuska niewielu chyba może jeszcze zaskoczyć rozmiarem absurdalności swoich posunięć.

Warto się zatrzymać nad kwestią owej pseudo-spontanicznej nagonki na dopalacze, która rozpętała się w internecie. Niebywałe jest to, że ludzie wywodzący się z grupy, która w ogromnej większości traktuje marihuanę jako warunek powodzenia imprezy a amfetaminę za zło konieczne, nagle poparli rząd w takiej sprawie, i to właśnie ze względu na jej oficjalne uzasadnienie. Co warto zaznaczyć - uzasadnienie zupełnie fałszywe, bo 1) jeszcze nikt nie udowodnił, że przyczyną choćby jednego zgonu były właśnie dopalacze, 2) nawet gdyby były, to zatruć spowodowanych alkoholem zdarzają się w Polsce setki i nikt nie robi z tego powodu problemu. Marketing idealny!

Naprawdę, obecna polska sytuacja polityczno-medialna przypomina pociąg pędzący w stronę przepaści, gdzie pasażerowie pasjonują się tym, że jeden drugiego oblał kawą. Zobaczymy na jak długo.

 

Komentarze (5)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
Najnowsze wpisy
2011-07-17 01:47 PiSy szczekają, a karawana jedzie dalej
2011-06-19 18:57 Zatrudnij buddologa
2011-05-11 20:28 Perspektywy Tuska
2011-04-22 17:05 Upadek narracji
2011-04-14 14:48 Skandal na krakowskim rynku!
Najnowsze komentarze
2011-10-02 20:20
Olgierd Sroczyński:
Kto dzisiaj jest faszystą?
A zatem przyznaje Pan tym samym, że państwo jest faszystowskie? :) Cieszy mnie to i bardzo[...]
2011-09-23 23:51
oponent:
Kto dzisiaj jest faszystą?
W tym rzecz proszę Pana że to właśnie ONR domaga się ograniczenia wolności i swobód[...]
2011-08-05 17:41
Gołde,żona mleczarza:
PiSy szczekają, a karawana jedzie dalej
Ross jako Zulu Gula mówił : " I to I E S bardzo P I E N K N E " . A piękne jest to,że ktoś w[...]
O mnie
Olgierd Sroczyński
Generalnie jestem strasznie miłym i sympatycznym gościem.