Młodzi intelektualiści chcą się buntować
 Oceń wpis
   

 Charakterystyczny dla procesu dojrzewania młodzieńczy bunt, podbudowany dodatkowo teoretyczną refleksją, ewoluuje niejednokrotnie w myśl rewolucyjną. Myśl, która zło widzi w jakimś Systemie: zazwyczaj skostniałym i skorumpowanym, źle zaplanowanym i źle działającym, często dodatkowo zniewalającym człowieka, uniformizującym i tłamszącym wszelką oryginalność.

Ten schemat możemy obserwować nie tylko w XX wieku, ze sztandarowymi przykładami ruchów hipisowskich i rewolt studenckich końca lat sześćdziesiątych, których impet w miarę starzenia się ich uczestników wyhamował na kartach akademickich ciężkostrawnych elukubracji  - między innymi tych, które zalicza się dzisiaj do kanonu postmodernizmu. Właściwie każda epoka miała swoich młodych, którzy za wszelką cenę chcieli odcisnąć swoje piętno w historii, reformując zastane instytucje wedle swojego zamysłu.

Na polskiej scenie politycznej (czy raczej na jej obrzeżach) mamy dzisiaj do czynienia z rozkwitem "buntu przeciwko liberalizmowi". I tak na przykład Łukasz Kobeszko z Rebelya.pl pisze z zachwytem o "młodych intelektualistach", którzy ponoć "utracili wiarę w liberalizm" i zaczęli poszukiwać nowych rozwiązań. W grupie tej wymienia środowiska skupione wokół "Nowego Obywatela", "Nowych Peryferii" czy "Pressji", które to czasopisma mają wnosić ożywcze prądy ideowe do debaty publicznej. Z rozpędu Kobeszko mógł dodać jeszcze radosną twórczość xportalu i Falangi, które cechują się dokładnie tym samym co przywołane przez niego środowiska. To, że tego nie uczynił, niesie tylko nadzieję, że te ostatnie wypociny pozostają jedynie źródłem bezlitosnego humoru dla internautów i szersza publiczność nie jest nawet ich istnienia świadoma.

Przedstawianie myślenia antyliberalnego czy antyrynkowego jako jakiejś rewolucyjnej zmiany jest w dzisiejszych czasach kuriozalne. Obecnie elity polityczne, zarówno na szczeblu narodowym jak i w organizacjach międzynarodowych, zgodnie zmierzają w kierunku modelu państwa dobrobytu, którego wzorcem są państwa skandynawskie. Co niezmiernie istotne, dzieje się to przy wyraźnym poparciu rządzonych społeczeństw. Opór Polaków wobec ZUS czy też jakichkolwiek innych obciążeń publicznoprawnych nie wynika wcale z tego, że są przesiąknięci neoliberalną propagandą, ale z ich niezadowolenia z jakości usług publicznych, które otrzymują w zamian za zapłacone daniny.

W rzeczywistości bardzo trudno przywołać taki okres w historii po 89 roku, w którym panowałaby w polskim społeczeństwie "wiara w liberalizm". Zachłyśnięcie się wolnością gospodarczą, wywołane przede wszystkim wielokrotnie przywoływaną ustawą Wilczka, było krótkotrwałe, a szybki powrót do władzy postkomunistów był wyrazem rozczarowania rządami obozu solidarnościowego i tęsknoty za PRL-em. Od tamtej pory żadna partia nie doszła do władzy stosując retorykę liberalną. Posługiwała się nią co prawda PO, ale nie to zapewniło jej sukces wyborczy (w 2005 roku przegrała z antyliberalnie nastawionym PiS), a jej praktyka po dojściu do władzy, mimo wyraźnej sprzeczności z wyborczymi obietnicami, zapewniła jej tylko większą popularność. Last but not least - przypadek Janusza Korwin-Mikkego i jego rozlicznych nieudanych prób zdobycia jakiejkolwiek władzy mówi sam za siebie w kwestii tej rzekomo panującej w Polsce "wiary w liberalizm". 

Na świecie przez ostatnie lata popularność zyskały ruchy oburzonych, protestujące przeciwko rynkom finansowym i bankom, które miałyby być symbolami drapieżnego kapitalizmu. W USA prezydent Barack Obama bije rekordy popularności wśród młodych ludzi, dla których jego spór z Kongresem o zezwolenie na dalsze rozdymanie budżetu i zadłużanie państwa był walką dobra ze złem. W Europie nie słabną żądania coraz większej interwencji państwa i instytucji UE w życie społeczne i gospodarcze, a Francois Hollande swój sukces zawdzięczał przede wszystkim swoim propozycjom gospodarczym, wśród których szczególnie wyróżniały się projekty progresywnego opodatkowania. Wyliczanie można prowadzić w nieskończoność.

Oprócz tego należy zauważyć, że kapitalizm i liberalna polityka gospodarcza nigdy nie stanowiły opium dla intelektualistów, tym bardziej młodych i tym bardziej dzisiaj. Liberalizm ekonomiczny zawsze w ich opinii był w najlepszym przypadku dogmatyzmem, a działanie dla ekonomicznego zysku było jeszcze od Platona postrzegane jako niskie i niegodne. Co zauważali już Ludwig von Mises w Mentalności antykapitalistycznej czy Friedrich A. von Hayek w Zgubnej pysze rozumu, intelektualiści zawsze czują się lepsi: oni wiedzą więcej, widzą szerszy obraz, odkrywają prawdę niedostępną maluczkim. Lepiej wiedzą jak powinno wyglądać społeczeństwo. Od proletariatu są lepsi, czując obowiązek wzięcia go pod swoje opiekuńcze, merytokratyczne skrzydła; od handlarza i fabrykanta są natomiast lepsi, żywiąc odrazę do jego niskich pobudek i materialistycznych celów życiowych. Sami dla zysku nie działają; wszak utrzymywanie się z państwowych pensji i dotacji nie jest w żaden sposób skażone sklepikarską i filisterską mentalnością.

Na tym tle nowe prądy intelektualne, będące w istocie -  jak podkreśla zresztą sam Kobeszko -  postmodernistyczną mieszaniną wszystkiego, co wydaje się antysystemowe (czyli antyliberalne), nie wyglądają ani na oryginalne, ani na specjalnie ciekawe. Jest to wyłącznie kolejny w historii objaw resentymentu oderwanych od życia akademików, którym łatwo jest skonstruować sobie teoretycznego wroga i z nim walczyć - najlepiej siedząc przy kubku modnej kawy lub sushi. W efekcie zamiast rozwiązania rzeczywistych problemów, mamy propozycje reform, które już dawno są wdrażane przez rzekomo neoliberalny system, dodatkowo finansujący antysystemowe pisma z pieniędzy podatników. 

Komentarze (0)
O czyje interesy walczą związki zawodowe?
 Oceń wpis
   

W ostatnich tygodniach media podały informację o powrocie rządu do pomysłu objęcia składkami ZUS umów cywilnoprawnych pomysłu głośno oprotestowanego przed drugim exposé Donalda Tuska w 2012 roku.

Retoryka związków zawodowych, gorąco popierających ten pomysł, jest od lat niezmienna: umowy cywilnoprawne są gorszym rodzajem umów, używanym przez pracodawców do obchodzenia prawa, a w dodatku działającym na szkodę młodych ludzi (przeważnie na podstawie takich umów zatrudnianych), gdyż nie pozwalającym na odkładanie na emeryturę. W opinii wypowiadającej się przy okazji posiedzenia Komisji Trójstronnej przedstawicielki OPZZ, Wiesławy Taranowskiej, objęcie składkami ZUS wszystkich umów-zleceń spowoduje, że pracodawcy chętniej będą zatrudniali pracowników w oparciu o umowę o pracę, co też ma poprawić sytuację osób młodych, zaczynających karierę zawodową.

Zanim odpowiemy na pytanie, czy uzasadnione jest stawianie takich prognoz, należy zastanowić się czy istotnie praca w oparciu o umowy śmieciowe jest największym problemem ludzi młodych na rynku pracy i z drugiej strony czy upowszechnienie stosunku pracy te problemy rozwiązuje. Szczególna pozycja stosunku pracy, jaka jest trwale obecna w retoryce środowisk socjaldemokratycznych (w tym związków zawodowych), pochodzi jeszcze z czasów industrialnego kapitalizmu XIX wieku. Od trwałości i ochrony stosunku pracy zależał  byt niewykwalifikowanego robotnika fabrycznego, dysponującego tylko jednym czynnikiem produkcji pracą. Abstrahując od ich ekonomicznej oceny, postulaty socjaldemokracji niemieckiej (F. Lassalle) wynikały pierwotnie właśnie z dysproporcji sił i chęci zapewnienia za pomocą środków prawnych bezpieczeństwa osobom sprzedającym pracę.

Obecnie sytuacja na rynku jest diametralnie inna. Przede wszystkim większość pracowników najemnych jest zatrudniona w usługach, a nie w przemyśle. Specyfika branży usługowej, jej proces produkcji, zdecydowanie różni się od tego, który charakteryzował gospodarkę industrialną. Trwałość stosunku pracy niekoniecznie musi być tutaj wartością ani dla pracodawcy, ani dla pracownika. Przykładowo w branżach takich jak IT, komunikacja i media, marketing czy usługi szkoleniowe funkcjonuje spora grupa freelancerów, którzy świadczą usługi dla kilku firm jednocześnie, gdyż taka dywersyfikacja jest dla nich dużo korzystniejsza pod względem finansowym (ponieważ zarobek zależy od efektywności, a nie od czasu pracy), a dodatkowo umożliwia samodzielne rozporządzanie własnym czasem.

Ponadto znacznie zmieniła się od XIX wieku struktura społeczna, i to bez względu na wysiłki polityczne socjaldemokracji. Widać było to zwłaszcza na przykładzie Stanów Zjednoczonych, gdzie całe społeczeństwo pod wpływem kapitalizmu uległo bardzo wcześnie uburżuazyjnieniu robotnicy bardzo szybko stawali się posiadaczami (w sensie marksistowskim), na co pozwalał stały wzrost płac realnych czy też praktyka wynagradzania robotników nie tylko w gotówce, ale również w akcjach firmy. Różnica w dochodach i majątku pomiędzy właścicielem firmy a jego pracownikiem w większości przypadków (a więc w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, stanowiących główną silę napędową polskiej gospodarki) jest niewielka. Dodatkowo konfliktowa teoria społeczna, opierająca się na dychotomii kapitalista/pracownik najemny,  nie ma zastosowania do różnorodności współczesnego rynku. Jak z tego punktu widzenia zakwalifikować np. samozatrudnienie czy freelance (który de iure nie jest prowadzeniem działalności gospodarczej, ale de facto jest po prostu inną jej formą, prowadzoną bez obciążeń takich jak właśnie składki ZUS)?

Opieranie się na założeniu, że stosunek pracy jest zawsze lepszy niż umowa cywilnoprawna a takiego założenia wymaga postulat reform zmierzających do upowszechnienia umów o pracę jest dlatego pod wieloma względami błędne. Pozostaje w tym miejscu odpowiedź na pytanie, czy istotnie zwiększenie kosztów pracy w przypadku umów-zleceń rzeczywiście spowoduje, że pracodawcy częściej będą oferowali pracownikom umowę o pracę zamiast tzw. umów śmieciowych.

Przyjrzyjmy się najpierw kosztom. Pracodawca zatrudniający pracownika na umowę-zlecenie na kwotę 2000 złotych brutto, musi odprowadzić składki na ubezpieczenia społeczne (emerytalne i rentowe) w łącznej kwocie 225 zł 20 gr oraz ubezpieczenie zdrowotne w wysokości 159 zł 73 gr. Całkowity koszt umowy z tytułu składek to 384 zł 93 gr. Do tego dochodzi zaliczka na podatek dochodowy (118 złotych), więc z 2000 złotych brutto pracownik otrzymuje na rękę jedynie niecałe 1500 złotych. Jednak składki emerytalna i rentowa są obowiązkowe tylko przy pierwszej (chronologicznie) z umów-zleceń. Prostym rozwiązaniem, pozwalającym na zminimalizowanie kosztów (a więc przeznaczenie większej kwoty na wypłatę netto dla pracownika) jest zawarcie pierwszej umowy na kwotę znacznie niższą, dajmy na to 250 złotych brutto. Wówczas składki z tytułu ubezpieczeń społecznych wynoszą łącznie 28 zł 15 gr, a każda kolejna umowa objęta jest już tylko składką na ubezpieczenie zdrowotne. Wówczas pracodawca płacąc 2000 złotych brutto z tytułu dwóch umów (250+1750) złotych, może zapłacić pracownikowi netto 1662 złote, czyli 165 złotych więcej niż w pierwszym scenariuszu.

Argumentacja przemawiająca za tym, że po wprowadzeniu obowiązku odprowadzania składek od każdej kolejnej umowy-zlecenia pracodawcy częściej będą proponowali umowę o pracę, wyglądałaby w ten sposób: skoro umowy-zlecenia są brutto tańsze dla pracodawców niż umowy o pracę, to usunięcie tej różnicy kosztowej spowoduje, że pracodawca nie będzie miał już motywacji ekonomicznej do zastąpienia stosunku pracy umową-zleceniem. Taka argumentacja miałaby jednak sens tylko wtedy, gdyby nie istniały inne możliwości dokonania zakupu na rynku pracy, pozwalające na uniknięcie obowiązku opłacania składek. Pracownik kalkuluje w wyborze miejsca pracy przede wszystkim kwotę netto wynagrodzenia, natomiast pracodawca przy zatrudnianiu pracownika kwotę brutto. Pracodawca przeznacza pewną pulę środków na zatrudnienie pracownika, powyżej której po prostu nie opłaca mu się go zatrudnić. Należy się raczej spodziewać, że ozusowanie wszystkich umów-zleceń (a docelowo wszystkich umów cywilnoprawnych, bo takie są zamiary związków zawodowych) spowoduje raczej upowszechnienie tam gdzie to możliwe wymogu samozatrudnienia, a więc przeniesienia obowiązku opłacania składek z pracodawcy na pracownika.

Dla osób rozpoczynających karierę zawodową jest to bez wątpienia mniej korzystna sytuacja niż zatrudnienie w oparciu o umowę cywilnoprawną. Umowy cywilnoprawne nie gwarantują stabilności zatrudnienia, ale nie są też obciążone stałym kosztem, ponoszonym bez względu na wysokość umowy. Samozatrudnienie, a więc prowadzenie zarejestrowanej działalności gospodarczej, już jest tym kosztem w postaci składek ZUS obarczone i tylko właściciel (a więc faktyczny pracownik) jest za ich opłacenie odpowiedzialny i przede wszystkim na nie musi zarobić.

Jest to oczywiście ryzyko, które ponoszone jest przez każdego przedsiębiorcę, ale właśnie dzięki procesom rynkowym nie musi być udziałem wszystkich. Duża część ludzi preferuje raczej unikanie ryzyka i niepewności związanych z prowadzeniem własnej firmy, a popyt na pracę najemną zgłaszany przez przedsiębiorców im na to pozwala (pisał już o tym Bastiat w swoichHarmoniach ekonomicznychrozdz. XIV). Stworzenie warunków wymagających od młodych ludzi zakładania już na starcie własnej działalności gospodarczej stawia więc większość z nich w niekorzystnej sytuacji.

Związki zawodowe nie działają w interesie młodych ludzi i ich celem nie jest wcale zmniejszenie wśród młodych poziomu bezrobocia. Byłoby to zresztą kuriozalne, ponieważ związki zawodowe powstały w zupełnie innym celu aby (oficjalnie) chronić interesy obecnych, przede wszystkim etatowych, pracowników i wywierać na pracodawców grupową presję. Abstrahując jednak od ogólnej oceny współczesnych działań związków, należy zapytać, czy ich przedstawiciele rzeczywiście wierzą, że proponowane przez nich działania będą poprawiały byt młodych ludzi na rynku pracy.

Odpowiedź na to pytanie musi być negatywna. Chodzi tutaj bowiem o coś zupełnie innego: o to, że elastyczne formy zatrudnienia stanowią przez swój koszt nieuczciwą konkurencję wobec stosunku pracy. To zwłaszcza w kontekście permanentnych żądań wzrostu płacy minimalnej, a także wzrastającej niepewności na rynku związanej z recesją stanowi zagrożenie dla pozycji etatowych pracowników.

Problemem młodych ludzi na rynku pracy nie są umowy cywilnoprawne. Nie jest też ich problemem to, że nie odkładają na emeryturę w ZUS, ponieważ odłożonych tam pieniędzy i tak nie otrzymają (a co najmniej większości) z powrotem. Niepłacenie przez młodych ludzi składek należy raczej do problemu ZUS-u, który nie może w efekcie przyznawać sobie nagród wyższych niż 200 milionów złotych. Rzeczywiście umowy cywilnoprawne stoją na przeszkodzie marzeniom o kredycie na zakup mieszkania, ale wyższy poziom zadłużenia w żaden sposób nie przyczynia się do zwiększenia dobrobytu, ponieważ jest on tworzony z pracy i oszczędności. Co istotnie przyczyniłoby się do poprawy sytuacji osób najmniej zarabiających (wśród których znajdują się osoby rozpoczynające karierę zawodową), to nie dodatkowe obciążenia ich pracy, ale wręcz przeciwnie ulgi, takie jak choćby podniesienie granicy wolnej od podatku dochodowego, która w Polsce wynosi 3091 zł (dla porównania w Niemczech jest to ponad 8 tys. euro). Związki zawodowe niestety nie są grupą, która chętna byłaby za tym lobbować.

mises.pl 

Komentarze (0)
Zatrudnij buddologa
 Oceń wpis
   

 Kryzys w polskiej edukacji trwa. To znaczy trwa już od naprawdę długiego czasu, natomiast obecnie jest zjawiskiem bardzo medialnym. O polskich studiach i perspektywach (czy raczej braku perspektyw) ofiar polskiego systemu edukacji pisał już od początku tego roku m.in. Newsweek, Dziennik, czy media agorowe. Powodem, dla którego temat zaistniał w mediach jest oczywiście sytuacja na rynku pracy, a więc dotykająca całą Europę zaraza formalnie wykształconych bezrobotnych młodych ludzi. 

Problem w tym, że za okrzykiem "wiemy, że coś się dzieje" nie idzie ani zrozumienie przyczyn takiego stanu rzeczy, ani racjonalne środki zaradcze. O ile ze strony rządu (jakiegokolwiek, ale obecny swoją niekompetencją bije każdy poprzedni) nikt rozsądny się tego nie spodziewa, o tyle rzeczą naprawdę zasmucającą jest to, że ślepe są również środowiska akademickie. Chociaż może nie ślepe, bo w tym przypadku i ślepy by dostrzegł, ale po prostu sparaliżowane przez patologiczny system, którego finansowe podstawy niejako zmuszają uczelnianych decydentów do podejmowania głupich decyzji. Johnatan Price

Mam przed sobą wypracowania studentów. Wiele z nich powinno zostać ocenionych negatywnie. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę trendy w edukacji wyższej, nie można nie zaliczyć kursu tym studentom. Uniwersytet w Holandii otrzymuje co roku wypłatę za każdego nowo przyjętego studenta oraz dodatkową (znacznie większą) wypłatę, za studenta, który ukończy pomyślnie studia. To perwersyjna zachęta, która działa przeciwko doskonałości nauczania oraz wymaga, by wszyscy uczestniczyli w fikcji wykształcenia, placu zabaw, który wzorowany jest na starym modelu uniwersytetu, tylko pozbawionym elementu mozolnej i nieraz nudnej pracy.

 Całość: czteryprzyczyny.salon24.pl

Jeżeli uczelnia wyższa otrzymuje pieniądze za każdego studiującego, a przy tym na drodze do kieszeni podatnika ma sporą konkurencję, to naturalną koleją rzeczy nie będzie dbała o poziom studiów, ale o ilość studentów. Jest błędem twierdzenie, że - zwłaszcza tzw. humaniści - mają wiedzę teoretyczną  i dlatego nie nadają się do niczego na rynku pracy. Kilkuminutowa pogawędka z przeciętnym magistrem kierunku humanistycznego wystarczy aby przekonać się, że ten żadnej naprawdę istotnej wiedzy teoretycznej nie posiada, nie wspominając już o tym, że jego zdolności komunikacyjne - umiejętność wypowiadania się, poprawnego pisania etc. - są praktycznie żadne. Nastawienie uczelni wyższych na ilość zamiast jakości skutkuje tym, że dyplom dla pracodawcy nie reprezentuje nie tylko konkretnych umiejętności praktycznych, ale również wiedzy. 

Długo by dyskutować o etosie wyższego wykształcenia i hierarchii celów w społeczeństwie - zbyt długo, żeby bez niepotrzebnych niedopowiedzeń pisać o tym na blogu. Tutaj jednak należy zwrócić uwagę na fakt podstawowy: z perspektywy rynku (w tym rynku pracy), "wykształcenie praktyczne" nie ma najmniejszego sensu, ponieważ przy wąskiej specjalizacji (jak powiedzmy marketing internetowy) program nauczania nie będzie nigdy w stanie nadążyć za zmianami, które są każdego dnia wprowadzane w życie. Każdy, kto aspiruje do celów "wyższych" (a w biznesie do wyższych stanowisk kierowniczych) powinien właśnie przyswoić pewien kanon wiedzy ogólnej, która w zderzeniu z praktyką będzie go kierunkowała na bieżący rozwój. Studia sprawy przystosowania do realiów nie załatwią, a kto uważa inaczej jest w poważnym i oczywistym błędzie. Pół biedy, jeżeli tak myśli jakiś maturzysta, który roi sobie, że po takim a takim kierunku studiów będą się o niego bili liderzy rynku, a on w ofertach pracy będzie przebierał jak w ulęgałkach. Poważny problem zaczyna się wtedy, gdy ten sposób myślenia zaczynają reprezentować ci, którzy o kształcie nauki decydują. 

I tak właśnie: Uniwersytet Jagielloński ma zamiar na przykład uruchomić studia z BUDDOLOGII. Czemuż studia z BUDDOLOGII mają służyć? Jak tłumaczy prof. Marta Kudelska

Buddyjska myśl, filozofia i religia jest jednym z najpopularniejszych ruchów na świecie, ale rzetelna wiedza akademicka na ten temat jest znikoma. My chcemy kształcić specjalistów, którzy taką wiedzę zdobędą i będą mogli podjąć dialog międzykulturowy

Komu tacy "specjaliści" są potrzebni nie wiadomo, bo przeglądając aktualne oferty pracy raczej nie natknąłem się na wymagania takie jak znajomość historii buddyzmu, a i trudno mi sobie wyobrazić do czego miałyby służyć. Oczywiście zakładam, że mogę się mylić i pracodawcy nie mogą się doczekać aż absolwenci BUDDOLOGII opuszczą mury uniwersytetu, żeby dać im super płatną pracę.

Żeby jednak nie ograniczać się do tak przyziemnych spraw jak zarabianie (wszak pogoń za karierą i pieniędzmi stoi w zdecydowanej sprzeczności z "ośmioraką ścieżką"), to jako absolwent wydziału, który te wprost wspaniałe studia uruchomił mogę wymienić przynajmniej kilka osób, których zainteresowania naukowe wokół buddyzmu się obracają i które na ten temat broniły na UJ prace magisterskie i doktorskie, i wcale nie stanowią oni mniejszości nawet w porównaniu z osobami wyspecjalizowanymi np.  w dużo ważniejszej dla Europejczyka filozofii chrześcijańskiej. Nie wiem ponadto czy kierunek BUDDOLOGIA (piszę wielkimi literami, bo lepiej wtedy odczuwam cały komizm sytuacji) przy jednoczesnym braku np. chrystologii, nie godzi w zasadę "neutralności światopoglądowej" państwowej uczelni, no ale to temat na zupełnie inną dyskusję. 

Buddologia to tylko najbardziej jaskrawy przykład absurdu, w jaki weszły wyższe uczelnie podczas naganiania maturzystów do swoich sal dydaktycznych. Pomijając już propagandowy aspekt wprowadzania na uczelnie buddyzmu czy "wiedzy o Holokauście", to jeżeli ktoś jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego skąd tak wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi, służę uprzejmie informacją, że właśnie z takich powodów: marnotrawienia pieniędzy podatników na spełnianie totalnie oderwanych od rzeczywistości aspiracji naszych akademików. 

W kierunkach ścisłych i technicznych zresztą zasada jest podobna, chociaż siłą rzeczy w mniejszej skali i z dużo mniejszą dawką absurdu. Coraz dalej postępująca specjalizacja jest koniecznością wymuszoną przez rozwój technologii i dynamizm rynku - to jest fakt. Jednak organizowanie wokół bardzo wąskiej dziedziny pięciu lat studiów, zamiast przygotowania solidnych podstaw teoretycznych (jak ujmował to Arystoteles: "z rzeczy, które nie mogą mieć się inaczej") jako narzędzi do własnego późniejszego rozwoju i specjalizacji, może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych: a więc nadmiaru ekspertów z jednego tylko poletka, które to poletko przez pięć lat studiów może stać się (pod względem zapotrzebowania na nowych pracowników) zdecydowanie mniej chłonne, niż w momencie uruchamiania danego kierunku. A ponadto, jak pisał Robert A. Heinlein

A human being should be able to change a diaper, plan an invasion, butcher a hog, conn a ship, design a building, write a sonnet, balance accounts, build a wall, set a bone, comfort the dying, take orders, give orders, cooperate, act alone, solve equations, analyze a new problem, pitch manure, program a computer, cook a tasty meal, fight efficiently, die gallantly. Specialization is for insects. 

Proces rynkowy, w którym ludzie decydują co jest im potrzebne, a co nie, oczywiście ufunduje hierarchię tak, jaką ona powinna być. Żal tylko zmarnotrawionych środków, które jako podatnicy moglibyśmy przeznaczyć na cele dużo bardziej trafne. 

Komentarze (1)
Edukacja niekoniecznie wyższa
 Oceń wpis
   

Niedawno miałem okazję uczestniczyć po raz kolejny w programie Radioaktywni na antenie Radia Kraków. Dyskusja dotyczyła planowanej przez rząd reformy szkolnictwa wyższego i po raz wtóry - m.in po debacie, jaka odbyła się w Krakowie ponad rok temu - znajdowałem się w dość niekomfortowej sytuacji, będąc zmuszonym bronić posunięć rządu przed skrajną lewicą. Zwłaszcza jeżeli chodzi o pomysł tzw. drugiego płatnego kierunku, który (pomysł) pod wieloma względami jest bardzo daleki od ideału i może być traktowany wyłącznie jako półśrodek, ale mimo wszystko jest jakimś tam rozwiązaniem na problemy nie tylko ze szkolnictwem, ale również - co być może jeszcze ważniejsze - z rynkiem pracy dla absolwentów.

Stanowisko lewicy jest zazwyczaj takie, że "prawo do wykształcenia" obejmuje również studia wyższe, przez co stają się one dobrem publicznym, a dobra publiczne - jak to w pojęciu lewicy bywa - powinny być "za darmo". Te dwa pojęcia są używane w sposób kompletnie mylący - "prawo do" nie implikuje wcale otrzymania czegoś na samo żądanie (np. niezaprzeczalne i przysługujące każdemu człowiekowi prawo do zjedzenia główki kapusty nie oznacza, że jak tylko zechce, to może ją zjeść - musi się najpierw o nią postarać), natomiast "za darmo" to w ogóle już kompletne czarowanie rzeczywistości (jeżeli coś jest "za darmo" to nikt za to nie bierze pieniędzy - a lekarze w "bezpłatnej" służbie zdrowia czy profesorowie na "bezpłatnych" uczelniach za dobre słowo raczej nie pracują).

Takie podejście wynika w prostej linii z dość specyficznego pojęcia dóbr kultury, gdzie są one "własnością całego społeczeństwa" i wszelkie nierówności w dostępie do nich są zaprzeczeniem egalitaryzmu. To rodzi absurdalne konsekwencje, głównie w pojęciu roli edukacji. Szkoła nie powinna być "opresywna", od uczniów nie można zbyt wiele wymagać i stawiać im barier - na żadnym poziomie. Izolowanie nieuków od matury czy magistra stworzyłoby przecież niedemokratyczną otoczkę elitaryzmu.

Efekty tego są widoczne już od dawna, ponieważ w dzisiejszych czasach roi się od magistrów (z łaciny- mistrzów), dla których różniczka to wyniczek odejmowanka, romantyzm to wyłącznie długi spacer i kolacja przy świecach, którzy z "dynamiki Newtona" znają tylko czwarte prawo a mol nie kojarzy im się ani z chemią, ani z muzyką. Zresztą dla nich "mistrzowie" to wyłącznie nazwa strony internetowej z głupimi obrazkami. Wymaganie od nich faktycznego wykształcenia wyższego - a więc wszechstronnego rozwoju i wiedzy nie tylko z jednej, bardzo wąskiej dziedziny - stało się już dawno rzeczą nieakceptowalną. Zarówno przez nich samych, jak i przez ich mentorów, wychowanych na ideach kontrkulturowych z jednej, a komunistycznych z drugiej strony.

Magistrowie nie posiadają więc wiedzy ogólnej, którą teoretycznie posiadać powinni, a umiejętności praktycznych - i ten problem dotyczy zwłaszcza "humanistów" - nie mają siłą rzeczy. Dlatego trudno się dziwić, że dla pracodawcy, do którego nie potrafią nawet dobrze napisać listu motywacyjnego, są bezwartościowi.

Co zrobić? Iść za przykładem Czechów, którzy - jako wzór pragmatyzmu - postanowili skończyć z mitem "młodego, wykształconego, z dużego ośrodka". Czesi uświadomili sobie, że wyższe wykształcenie nie jest dla wszystkich i na studia powinni iść tylko ci, którzy faktycznie wyższe wykształcenie chcą i mogą mieć. I jakkolwiek by to nie brzmiało dla polskiego odbiorcy, który do mitu studiów jest przyzwyczajony - nie chodzi tutaj bynajmniej o wartościowanie, że posiadacz wyższego wykształcenia jest "lepszy" od tego, który ma średnie techniczne albo zawodowe. Absolutnie nie. Zresztą wystarczy spojrzeć na niektóre oferty pracy i rozejrzeć się za proponowanymi stawkami, żeby napluć sobie w brodę, że się poszło do ogólniaka i robiło się dyplom przez pięć lat, zamiast zostać technikiem elektrykiem albo technikiem murarzem.

Kto inny nadaje się na studia, ktoś inny nadaje się do gry w koszykówkę, a ktoś inny do jazdy na rowerze. Znam kilku rzemieślników, którzy robią wspaniałe rzeczy i przypuszczalnie gdyby poszli na studia ich talent by się zmarnował.

Jaka jednak reakcja na takie zmiany byłaby w Polsce wyczuć można już po tonie wyżej cytowanego artykułu:
Wielu ekspertów się dziwi, że rząd nie dąży do podniesienia poziomu nauczania poprzez podnoszenie pensji profesorom. W ten sposób posada nauczyciela akademickiego stałaby się bardzo atrakcyjna, a przez to rósłby poziom edukacji - argumentują specjaliści.

Nie wiem cóż to  "eksperci" tak się wymądrzają, ale po tym co mówią można się domyślić, że są to ofiary polskiego systemu edukacji (z tytułami magistra, a któż wie - może i doktora, bo inflacja tych ostatnich w kierunkach humanistycznych też jest zauważalna). Tego nawet nie da się skomentować, bo ten  związek przyczynowo-skutkowy, który nakreślony jest przez "specjalistów" jest sprawą ultratajemniczą.

Ale żeby nie było wątpliwości kto tu jest czarnym charakterem, to na koniec redaktor (pewnie zasięgnąwszy pierwej opinii "ekspertów") serwuje zdanie:

Min. Dobesz powiedział zresztą wprost: państwowe egzaminy dojrzałości, które po raz pierwszy zostaną przeprowadzone w tym roku, zostały przygotowane tak, aby jedna piąta uczniów nie zdała. Załamany uczeń szkoły średniej bez matury to dla dominujących w czeskim przemyśle montowni idealny kandydat do pracy.

A to faszyści z tych Czechów, gnębią biedne dzieci trudnymi egzaminami, dzieci są sfrustrowane i idą do montowni jako zwykli robole! To zupełnie nie to, co opływająca w dostatki polska elita intelektualna. No tak musi być, bo studentom najwyraźniej pasuje to, że się do niczego nie nadają i histerycznie reagują na każdą propozycję zmian. W końcu jak zajdzie potrzeba, ich premier - od początku wszak okrzykiwany wybranym przez "młodych, wykształconych, z dużych ośrodków" - da im wszystkim robotę w administracji. A przynajmniej obieca.

 

Komentarze (4)
Epilog
 Oceń wpis
   

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu kilka screenów z komentarzy do newsów dotyczących tragicznych wydarzeń w Łodzi.

 

Właściwie PiS mógłby zostać cały wymordowany i nic by się nie stało. Trochę szkoda, że w takich okolicznościach, ale muszę to powiedzieć - a nie mówiłem?

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
O mnie
Olgierd Sroczyński
Generalnie jestem strasznie miłym i sympatycznym gościem.
Najnowsze wpisy
2013-04-23 02:26 Młodzi intelektualiści chcą się buntować
2013-04-04 02:20 O czyje interesy walczą związki zawodowe?
2011-06-19 18:57 Zatrudnij buddologa
2011-03-30 12:55 Edukacja niekoniecznie wyższa
2010-10-19 18:04 Epilog
Najnowsze komentarze
2013-12-22 01:16
wokol.dziecka:
Państwo lepsze niż rodzina
Wesołych świąt! :)
2011-10-02 20:20
Olgierd Sroczyński:
Kto dzisiaj jest faszystą?
A zatem przyznaje Pan tym samym, że państwo jest faszystowskie? :) Cieszy mnie to i bardzo[...]
2011-09-23 23:51
oponent:
Kto dzisiaj jest faszystą?
W tym rzecz proszę Pana że to właśnie ONR domaga się ograniczenia wolności i swobód[...]